Jadłostacja: slow life w handlu [WYWIAD]

Czy to w ogóle możliwe? Małgorzata i Artur Górniccy, właściciele tworzącej się sieci Jadłostacja, udowadniają, że tak.

Zdjęcie: Michał Radwański

Świętujecie właśnie mały jubileusz. 28 lutego 2015 r. to ważna dla was data, prawda?

MAŁGORZATA GÓRNICKA: Nawet bardzo. Wtedy to otworzyliśmy nasz pierwszy sklep i tym samym nasze życie obróciło się o 180 stopni.

Czy z perspektywy tych lat zdecydowalibyście się ponownie na zrezygnowanie z etatów i otwarcie sklepu?

ARTUR GÓRNICKI: Rzeczywiście, wiedliśmy wtedy dość stabilne życie. Obydwoje na etatach – żona w handlu, ale w całkowicie innej branży, a ja w marketingu. Równolegle prowadziliśmy dwa e-sklepy: jeden z produktami dla dzieci, drugi ze specjalistycznymi akcesoriami dla psów. Był to też czas, kiedy mieliśmy już małą Olę, naszą córkę. I może właśnie mnogość zadań spowodowała, że postanowiliśmy zrobić coś dla siebie i ujednolicić naszą działalność.

M.G.: Zacznijmy od tego, że lubimy dobrze zjeść. Na warszawskich Bielanach, gdzie mieszkamy, nie było takiego sklepu, gdzie kompleksowo mogłam zrobić dobre zakupy. Po ziemniaki i kapustę jeździłam więc na Saską Kępę. To było męczące, tym bardziej że wtedy normalnie pracowaliśmy, a w domu było małe dziecko. Dlatego też uruchomienie Jadłostacji narodziło się z naszych potrzeb. Sam pomysł stworzenia rodzinnego sklepu, takiego jakie można spotkać na południu Europy, od jakiegoś czasu chodził nam po głowie.

Co konkretnie sprawiło, że wasze marzenia zaczęły się materializować?

M.G.: Impulsem, który spowodował, że zaczęliśmy realizować nasze marzenie, był spacer z psem, podczas którego zauważyłam na szybie jednego z lokali anons, że jest do wynajęcia. Był blisko nas, na tzw. Starych Bielanach, bardzo klimatycznych; wcześniej działała tu herbaciarnia, a obok gabinet lekarski. Co więcej, w okolicy nie było takiego sklepu, jaki my chcieliśmy zaproponować. Miejsce wydawało się więc dla nas wymarzone.

Jak więc rodził się ten biznes – w duchu włoskim, czyli lekko, łatwo i przyjemnie?

A.G.: Ależ skąd! Podjęliśmy ogromne ryzyko, sprzedaliśmy działkę, żeby mieć fundusze na inwestycję. Pół roku trwały prace organizacyjne, sami wszystko projektowaliśmy i wykonywaliśmy. I właśnie przez to, że tyle wzięliśmy na własne barki, było nam bardzo ciężko. Do tego stopnia, że kiedyś zasnąłem ze zmęczenia przy stole na rodzinnym spotkaniu... Było więc bardzo pracowicie, ale byliśmy pełni energii i wiary w to, co robimy.

M.G.: Działaliśmy i działamy nadal raczej intuicyjnie, nie robimy zbyt wielu analiz. Dopiero gdy otworzyliśmy Jadłostację, zaczęliśmy zastanawiać się, czy będziemy mieć klientów na produkty, które zaproponowaliśmy. Te obawy chyba szybko się rozwiały. Teraz można usłyszeć, że prowadzicie najlepszy sklep z ekologiczną żywnością w Warszawie.

Takie opinie klientów dodają skrzydeł, prawda?

M.G.: Ależ oczywiście, są bardzo miłe. Choć przyznaję, że raczej nie śledzę wpisów o nas w internecie, bo po prostu nie mam na to czasu. Ale bardzo dziękujemy wszystkim za dobre słowa i obiecujemy, że nie obrośniemy w piórka.

Skąd pomysł na taką nazwę sklepu? Kojarzy się trochę z gastronomią...

A.G.: Mieliśmy wiele pomysłów na nazwę. Chcieliśmy, żeby kojarzyła się z jedzeniem. Jadłostacja wydała nam się najbardziej oczywista, bo jesteśmy tuż przy stacji metra. Logo też zaprojektowaliśmy sami...

Jak sądzicie, czy tego typu biznes to kwestia klienta wielkomiejskiego, czy udałby się też w mniejszym niż Warszawa mieście? A może to specyfika nawet nie stolicy, ale konkretnej dzielnicy i już np. na Bemowie nie miałby racji bytu?

M.G.: W każdej dzielnicy w Warszawie i w dużych miastach powinien być taki sklep jak nasz. Ale już w moich rodzinnych Starachowicach nie ma jeszcze zapotrzebowania na sklepy specjalistyczne. Tam konsumpcja jest oparta na niskiej cenie i dyskontach.

Tu dotykamy drażliwego tematu – ceny. Żywność ekologiczna jest droższa niż masowa. Jak sobie radzicie z opinią, że u was jest drogo?

M.G.: Edukujemy naszych klientów, ponieważ wielu z nich nie ma świadomości, z czego ta cena wynika. Porównywanie naszych cen z cenami dyskontów jest krzywdzące. Nasz baleron czy marchewka nie są takie same jak u wielkiej konkurencji. Nasze produkty cechuje wysoka jakość. Powstały one w małych manufakturach, w małych ilościach, znają rękę gospodarza, do ich produkcji nie jest używana chemia. Co więcej, osobiście znamy każdego z naszych dostawców, bywamy w ich gospodarstwach, wiemy, że są to osoby na wskroś uczciwe i że możemy na nich polegać. To wszystko kosztuje, nawet 30% więcej niż produkcja masowa.

A.G.: Poza tym monitorujemy ceny i zdarza się, że nasze ceny są niższe niż w reklamujących się wielkich sieciach.

O nich jeszcze porozmawiamy, na razie proszę powiedzieć, ilu macie dostawców i jak na nich trafiliście?

M.G.: Około 30, w tym kilku dostarczających nam pieczywo. Ich bazę budowaliśmy od dawna, jeszcze przed uruchomieniem sklepu. Jak już mówiliśmy, dobre jedzenie jest dla nas bardzo ważne, dlatego też byliśmy i wciąż jesteśmy uczestnikami różnych wydarzeń kulinarnych, np. targów czy warsztatów. Tam poznaliśmy wielu drobnych producentów, rolników, którzy weszli ze swoją ofertą do Jadłostacji.

A.G.: Ale oczywiście nie wszystkich znaliśmy, dlatego też ich poszukiwanie zajęło nam sporo czasu. Teraz jesteśmy już na takim etapie, że sami się do nas zgłaszają. Czasami nasz sklep jest inkubatorem nowych pomysłów – testujemy tu produkty osób, które dopiero rozkręcają swój biznes. Choć ostatnio degustacji jest coraz mniej – teraz klienci boją się próbować, są bardziej zachowawczy.

Jakimi kryteriami kierujecie się przy wyborze dostawców?

M.G.: Nie interesuje nas masowa produkcja. Wspieramy towary lokalne, rzemieślnicze. Zależy nam na  wyjątkowości. Klienci szybko się nudzą, więc był taki czas, że co weekend wsadzaliśmy dziecko w foteliki ruszaliśmy w Polskę w poszukiwaniu nowych smaków i ich twórców. W ten sposób trafiliśmy np. do hodowcy kóz pod Toruniem, który puszczał zwierzętom muzykę klasyczną. Jego kozy dawały fantastyczne mleko, z których powstawały m.in. wyśmienite sery. Niestety, już nie współpracujemy, na przeszkodzie stanęły problemy  logistyczne. Ale wciąż jesteśmy otwarci na nowych dostawców.

Czy problem z logistyką to odosobniony przypadek, czy też powtarzająca się rzeczywistość?

A.G.: Nieodosobniony. Niestety nie ma zrzeszenia małych producentów, które pomagałoby im chociażby w logistyce. Takie unie funkcjonują w wielu krajach, nie wiem, czemu u nas to nie może zadziałać. Próbowaliśmy nawet sami łączyć transport od kilku producentów, ale nam również nie zawsze to wychodziło. Teraz dostawcy przywożą do nas towar sami. Kto nie da rady, to trudno, nie przeskoczymy tego.

W Jadłostacji są też dostępne produkty, które można kupić w innych sklepach, nawet tych sieciowych. I tu znów wracamy do cen: że są one u was sporo wyższe niż np. w dyskontach. Jak zatem przekonujecie klienta, żeby kupił ten towar u was, skoro u konkurencji zapłaci mniej?

M.G.: Produkty masowe to ułamek naszej oferty. Wprowadziliśmy je, aby klienci mogli robić u nas komplementarne zakupy. Rzeczywiście, bywają droższe niż w pobliskich marketach, np. o 30 gr na butelce wody. Nie jesteśmy jednak w stanie zbić tej ceny, ponieważ często płacimy za niego więcej w hurtowni niż klient docelowy w dyskoncie. Z czego to wynika? Z efektu skali. Wielkie sieci kupują po prostu dużo, a więc mogą negocjować niższe ceny.

Kto jest więc waszą konkurencją?

A.G.: Teoretycznie każdy sklep, który ma półki bio czy lokalne. Często jednak jest to „przemysłowe eko”. Ale szanujemy ich działalność i robimy swoje najlepiej, jak potrafimy.

A e-sklepy? Czy odbierają wam klientów, szczególnie teraz w czasach pandemicznych?

M.G.: Jak najbardziej. Mamy świadomość, że sporo tracimy, nie prowadząc działalności online. Dlatego też zamierzamy uruchomić e-sklep w 2022 r. Szukamy jak na razie pomysłu, aby nie był to kolejny e-sklep, ale taki nasz, wyjątkowy.

Doświadczenie w e-commerce już macie; teraz też jesteście bardzo aktywni w social mediach. Czy tym również sami się zajmujecie i co wam daje taka działalność w internecie?

A.G.: Większość naszych klientów to osoby w przedziale wiekowym 20-45 lat, czyli młodzi ludzie, dla których internet jest oczywistością. Musimy więc być aktywni w social mediach. Tam jednak nastawieni jesteśmy na działalność edukacyjną, publikujemy przepisy, doradzamy. Z założenia nie promujemy konkretnych produktów, jeśli już to całą kategorię. Wspomaga nas w tym nasza koleżanka.

Dlaczego więc wasza strona WWW jest nieaktualna?

A.G.: Szewc bez butów chodzi... Rzeczywiście, zaniedbaliśmy stronę, ale w planach na ten rok na pewno ją zdynamizujemy.

Jakie jeszcze macie plany na 2022 r.?

M.G.: Przede wszystkim chcemy uporządkować biznes. We wrześniu 2021 r. uruchomiliśmy drugi sklep, na pobliskim Żoliborzu. Musimy więc skoordynować pracę dwóch naszych placówek. Poza tym planujemy odświeżenie pierwszego sklepu, start wspomnianego e-sklepu, popracowanie nad asortymentem, w tym rozwinięcie działu produktów gotowych, na które jest teraz ogromny popyt.

Które jeszcze grupy produktów są u was teraz na topie?

M.G.: Asortyment mamy bardzo szeroki. Praktycznie klient kupi u nas wszystko. Największym powodzeniem cieszy się pieczywo, w tym chleb bezglutenowy, który mamy codziennie świeży, ale także nabiał, wędliny oraz owoce i warzywa.

Czy wciąż codziennie przygotowujecie świeżą zupę, którą można zjeść na miejscu lub zabrać na wynos?

A.G.: Niestety nie, pandemia wiele zmieniła. Już podczas pierwszych lockdownów musieliśmy zrezygnować z części bistro w naszym sklepie. Wcześniej ono świetnie u nas funkcjonowało. Codziennie mieliśmy w ofercie jedną zupę warzywną, przygotowywaną przez świetnego kucharza. Sprzedawaliśmy ją do zjedzenia na miejscu lub na wynos. Nie była to forma zarabiania, ale klienci ją doceniali. Teraz też mamy świeże zupy, ale w słoikach, gotowe do podgrzania, od kilku dostawców.

Czy również z powodu pandemii zrezygnowaliście z serwowania kawy i herbaty (na miejscu i na wynos)?

M.G.: Tak. Bliskie jest nam połączenie sklepu z bistro. Czekamy na lepsze czasy. Na pewno będziemy chcieli wrócić do gorącej zupy w kociołku oraz serwowania gorących napojów.

Co jeszcze w waszej działalności musiało się zmienić wskutek pandemii?

A.G.: Rozpoczęliśmy dowóz do klienta zamówień składanych telefonicznie lub SMS-owo. Mimo że nie reklamowaliśmy nigdzie tej naszej nowej działalności, jedynie informowaliśmy o niej przy kasie, mieliśmy naprawdę sporo zamówień. Zadziałała poczta pantoflowa. Klienci opierali się na znajomości naszego asortymentu i doceniali, że nie pobieraliśmy opłaty za dostawę. Wciąż, jeśli jest potrzeba, to dowieziemy
zakupy do domu.

M.G.: Na szczęście nie mieliśmy problemów z dostawcami i dostawami. Pandemia spowodowała, że coraz więcej osób chce kupować zdrowe produkty i wspierać lokalnych dostawców. To nas cieszy. Jest też druga strona medalu: część klientów przeniosła się do dużych marketów ze względów bezpieczeństwa, gdzie jest większa przestrzeń niż u nas. Ale powoli już wracają do nas. Znaczna część jednak została wierna Jadłostacji i cierpliwie stała w kolejce na zewnątrz. Mam też smutną obserwację: ludzie stali się bardziej nerwowi, zamiast rozmawiać od razu kłócą się ze sobą; boją się też siebie nawzajem. Przez to mamy teraz o wiele trudniejszą pracę, bo klienci nierzadko chcą, abyśmy opowiedzieli się po którejś stronie. A my jesteśmy przecież dla wszystkich.

Kilka miesięcy temu uruchomiliście też wspominany już drugi sklep. Czy pandemia to dobry czas na rozwój biznesu?

A.G.: Zrobiliśmy to świadomie, a mimo to zaskoczyło nas dosłownie wszystko. Remont lokalu był znacznie dłuższy, niż zakładaliśmy; od podpisania umowy najmu do otwarcia sklepu minęło aż pół roku. A czynsz trzeba było płacić... Mieliśmy też problemy z zakupem sprzętu, m.in. chłodniczego. Znaleźliśmy ofertę we Wrocławiu – lodówki dostępne od ręki (co nie było taką oczywistością), nowe. Przyjechały… stare, mocno używane. Przez miesiąc przepychaliśmy się ze sprzedawcą, aby je zwrócić. W końcu odesłaliśmy je na własny koszt i musieliśmy od nowa zacząć poszukiwania.

M.G.: Jeszcze tak nie mieliśmy – co krok, to kompromis. Do tej pory nie znaleźliśmy nowych pracowników – na Żoliborz przeszła więc część załogi z Bielan. Cały czas poszukujemy pracowników. Pojawiają się kandydaci, ale ich zaangażowanie w pracę pozostawia wiele do życzenia. Tymczasem my szukamy osób odpowiedzialnych, empatycznych, chętnych do zdobywania wiedzy, lubiących pracę z ludźmi i zainteresowanych zdrową żywnością.

Właśnie, rola sprzedawcy w takim sklepie jak wasz jest zdecydowanie inna niż kasjera w sieci dyskontów.

M.G.: Tak, zdecydowanie tak. Nasze relacje nie opierają się tylko na robieniu zakupów. Dla klienta zawsze mamy czas. Znamy różne ich historie życiowe, czasem o ciąży żony wiemy jeszcze przed mężem; odbieramy też klientom paczki, gdy ich nie ma w domu; zostawiają u nas klucze dla dzieci itp. Przyjmujemy też większe zamówienia produktów na uroczystości rodzinne. Zdarza się, że poszukujemy np. cukiernika, który zrobi pyszny tort urodzinowy, choć na co dzień nie sprzedajemy tortów. Działa to też w drugą stronę: czasem gdy klienci coś ugotują z naszych produktów, przynoszą nam danie do spróbowania albo piszą SMS, że przyjęcie się udało. To nas bardzo uskrzydla.

A.G.: Jest jeszcze jedna ważna kwestia: jako właściciele cały czas jesteśmy na miejscu. Znaczną część  kupujących znamy z imienia, jest to dla nas bardzo ważne. Teraz się podzieliliśmy, bo mamy dwa sklepy. Wychodzimy bowiem z założenia, że nie da się zbudować relacji z klientami przez pośredników.

I co dalej? Kiedy następny sklep? Czy nie kusi was, żeby otworzyć sklep na znacznie większej powierzchni – z większym asortymentem i możliwościami?

M.G.: Nie mamy ambicji budowania wielkiej sieci, bo jak byśmy wtedy doglądali tych sklepów? Nie da się być gospodarzem w dziesięciu placówkach. Nie ukrywam jednak, że marzy mi się większy sklep. Takie komfortowe rodzinne delikatesy, gdzie nie musielibyśmy ograniczać się z asortymentem, bo coraz więcej osób ma ciekawe produkty do zaoferowania. Gdzie moglibyśmy organizować różne warsztaty i spotkania... Na razie skupiamy się jednak na naszym nowym sklepie, bo jest w nim całkiem inna specyfika klienta niż na Bielanach. Musimy się jej nauczyć.

Czego mogę państwu życzyć w nowym roku?

M.G.: Odrobiny wolnego czasu, ale też spokoju i rozwoju, a przede wszystkim powrotu do normalności.

A.G.: I żebyśmy mogli jeszcze coś fajnego zrobić.

Niech się zatem spełnią te życzenia.
Dobrego roku! 

__________________________________________________________________________________________________________________________

MAŁGORZATA I ARTUR GÓRNICCY
Właściciele dwóch warszawskich sklepów ze zdrową żywnością,
które działają pod szyldem Jadłostacja.

Wcześniej byli pracownikami etatowymi w zupełnie różnych branżach
(produkty premium i marketing).

Prowadzili też dwa e-sklepy: z artykułami dla dzieci i ze
specjalistycznymi akcesoriami dla psów. W tym drugim
sprzedawali m.in. słuchawki dla psów do helikopterów czy
okulary przeciwsłoneczne oraz buty.

Od 2015 r. działają w branży zdrowej żywności.

Miłośnicy slow life, kulinariów i podróży, w tym kulinarnych.

Katarzyna Pierzchała 5103 Artykuły

W „Handlu” od 2004 r. Europę przemierza dla przyjemności, Polskę w poszukiwaniu sklepów wartych uwagi. Zgłębia handel od podszewki. Puzzlomaniaczka.