Marek Kondrat: nie szukam doraźności, robię własny film

O winie, choć nie tylko. O życiowych wyborach, filmie, teatrze, pasji i ... Netflixie rozmawiam z Markiem Kondratem - niegdyś aktorem, dziś właścicielem sieci Kondrat Wina Wybrane.

Pod szyldem Marka Kondrata istnieje 11 specjalistycznych sklepów winiarskich na terenie całego kraju, w tym trzy w stolicy, z których ostatni został otwarty w listopadzie. Jak budowana jest świadomość marki i czy są założenia, ile tych placówek będzie docelowo?

Pomieszkując za granicą, robię na przykład filmiki promocyjne, w których sam siebie obsadzam w roli głównej i opowiadam w nich o winach. Szkolimy franczyzobiorców, wydajemy książki, poradniki. Do prowadzenia sklepów wybieramy ludzi z pasją, zaangażowanych. Jeśli zaś chodzi o liczbę sklepów – nie wiem, ile ich będzie. To jest to, co wybrałem w życiu i z czego zrezygnowałem, uprawiając poprzedni zawód. Pośpiech? Już nie chcę się spieszyć.

Ale nerwowo na pewno było. Mam na myśli lockdown.

Tak. Strach się pojawił. Ale my jesteśmy detalistami, więc nas pandemia nie dotknęła tak mocno jak choćby gastronomię. Sprzedawaliśmy i nagle okazało się, że mamy 40-proc. wzrost, jeśli chodzi o przypływ klienta nowego. Niesłychane. Było to możliwe między innymi dzięki platformie do zamawiania online [odbiór w sklepie – przyp. red.]. Pomogła nam również lokalizacja - sklepy Kondrat Wina Wybrane nie mieszczą się w galeriach handlowych. To jest dla nas plus.

A planują państwo takie lokalizacje?

Nie. Wychodzimy z założenia, że galerie handlowe to bardziej miejsca do zwiedzania niż zakupów. My chcemy, żeby klient podjechał na parking, wszedł do sklepu, kupił i zapakował do samochodu wybrane wino, a nie najpierw krążył po ogromnym parkingu, potem po galerii. Unikamy więc takich miejsc. To jedna z wytycznych przy planowaniu każdej lokalizacji. Potem rozpoczyna się proces budowania zaufania klienta. Jest on długi – trwa rok, dwa lata. Klient w końcu przekonuje się do konkretnego miejsca, wygody, smaku, ceny, sprzedawcy i zostaje. Nasi sprzedawcy są blisko ludzi, dzięki czemu potrafią wybrać produkt ściśle dopasowany do ich potrzeb.

Czy w sklepach oferowane są alkohole inne niż wino?

Mamy taki pomysł, aby rozszerzyć ofertę o produkty na bazie wina. Ale będą to wyłącznie ekskluzywne alkohole, np. grappa.

U Marka Kondrata można kupić wino z Polski?

Tak. Mamy na razie czterech producentów: z Jury Krakowsko-Częstochowskiej, spod Szczecina, z woj. dolnośląskiego i zielonogórskiego.

Pan ich znajduje?

Tak. Na ogół ja. Oni nie mają na to czasu (śmiech). Proszę sobie wyobrazić, że w Polsce mamy 330 winnic i z roku na rok ta liczba rośnie. To są absolutni pasjonaci. Ich uprawy są z reguły niewielkie – hektar, dwa. Dwie winnice stanowią jedną piątą wszystkich - Winnica Srebra Góra i winnica Turnau mają ponad 30 ha każda. Reszta to małe pola, dlatego ceny tych win są bardzo wysokie. Trudno tu mówić o dochodowej działalności.

Jakie wina lubią Polacy?

Bardziej czerwone niż białe, wytrawne, ale z wyczuwalną słodyczą. Jednak my jesteśmy dopiero na dorobku – te cztery litry wina, które spożywamy rocznie, to jeszcze bardzo mało.

Gdzie kupuje się u nas najwięcej wina?

Oczywiście w dużych miastach, chociaż sporo wina sprzedajemy też na przykład w Przemyślu. Znalazł się tam człowiek, które powiedział, że ma klientów na nasze wino, i tak się stało. Dokładnie takich ludzi szukamy do prowadzenia sklepów.

Ma pan ulubiony gatunek wina?

Nie. Moje preferencje smakowe zmieniają się w zależności od okoliczności, tego, co jem i z kim je piję. Jak na przykład przeżyłem trzęsienie ziemi w Chile, przekonałem się, że te wina, które smakowały mi przed, kompletnie nie smakowały mi po (śmiech). Inne emocje.

Skąd ta miłość do wina?

Pojechałem, zobaczyłem i zwyciężyło. A tak poważnie, to w ostatnich dwóch-trzech latach funkcjonowania sieci restauracji Prohibicja, którą stworzyłem wspólnie z kolegami aktorami, zaczęliśmy importować wino. To był 1998 rok. I ja tego wina chciałem się nauczyć. Tak trafiłem do Bordeaux na kurs winiarski. Zobaczyłem winiarnie, posłuchałem ludzi, którzy o tym produkcie opowiadają, zakochałem się i zafascynowałem. A wino lubiłem zawsze – maturę oblewałem winem.

Ta potrzeba docierania do miejsc, w których powstaje wino, i poznawania ludzi, którzy je tworzą, została ze mną do dziś. To jest dla mnie niesłychanie osobiste.

Z Prohibicji coś w panu zostało?

Oczywiście, że tak. Moi koledzy traktują ten projekt jako porażkę, bo przez osiem lat nie osiągnęliśmy sukcesu. Ale ja uważam inaczej – to, czego nauczyłem się w Prohibicji, procentuje do dziś. Przede wszystkim trzeba robić rzeczy, które się lubi, a ja od początku nie byłem do tego przekonany. To był pomysł nieco abstrakcyjny, trochę filmowy, bo to w  filmach na ogół tak jest, że ktoś ma restaurację, przyjmuje w niej swoich znajomych i jest fajnie. Ale film trwa dwie godziny, a co potem? W takich miejscach trzeba nieustannie przebywać, a myśmy w zasadzie ich unikali, bo publiką na ogół byliśmy zmęczeni. Ten film się po prostu nie sprawdził. Trzeba się trzymać tego, co daje satysfakcję, wierzyć w biznes, który się robi.

Mój biznes z winami jest o tyle dobry, że mnie dyscyplinuje, ale nie zmienia mi życia. Mam ciągłość i spokój, a jednego i drugiego bardzo potrzebuję. Firmie szefuje mój syn, drugi – jednocześnie grając na skrzypcach – pomaga. Robimy więc wspólnie to, co lubimy. Spokojnie, nie poganiając czasu. Nie szukam już doraźności.

Brakuje panu aktorstwa?

Nie. Cały czas ktoś się odzywa i coś proponuje. Ale to zamknięta księga. Nie ma takich scenariuszy i takich ludzi, którzy przekonaliby mnie do powrotu. Robię własny film.  

Ale coś pan na pewno ogląda. Netflixa?

Owszem, choć wybiórczo. Czasami coś mnie ucieszy, czasami widzę sieczkę, czysto rozrywkową, która nie ma nic do przekazania. Wie pani, ja mam takie przemyślenie, że film właściwie jest sztuką dla dzieci. Nawet jak mu się wydaje, że jest potwornie poważny. Ale zdarzają się rzeczy interesujące. Tylko co z tego? Człowiek przez parę godzin się czymś ekscytuje, a potem zapomina i musi iść dalej. Takie jest życie. Ja też przybierałem jakąś postać, żyłem nią na przykład przez dwie godziny w teatrze, a potem światła gasły. I te powroty do normalności zawsze były trudne. Zwłaszcza że scena czy film dają takie emocje… niecodzienne. Więc trudno nimi żyć stale. I ja już tego nie chcę.

Wino też jest sztuką. Bo tylko w połowie jest czymś naturalnym, co rośnie w polu, przycina się i pielęgnuje. Potem człowiek musi się wykazać pasją i talentem i z czegoś, co jest pierwotne, zrobić akt twórczy. A my ten akt twórczy przekazujemy innym.


Ilona Mrozowska 4423 Artykuły

W „Handlu” od 2005 r. Blisko tematyki przemysłowej i producenckiej. Właścicielka białej kulki, czyli szynszyli o imieniu Tula.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.