Franczyzobiorca Lewiatana: rola państwa a potrzeby handlu [WYWIAD]

Państwo musi uświadomić sobie, że handel to jest potężna gałąź gospodarki, która przynosi ogromne profity. Nie można tylko drenować naszych kieszeni, trzeba dać też coś w zamian - mówi Wiesław Michalak, franczyzobiorca sieci Lewiatan.

Zdjęcie: Michał Radwański

Handel: Dużo pan podróżuje, m.in. do Grecji. Jak wygląda tamtejszy rynek handlowy i czy my możemy czegoś nauczyć się od nich, czy też raczej oni mogą od nas?

Wiesław Michalak, franczyzobiorca sieci Lewiatan: Każdy zawsze może nauczyć się czegoś od kogoś. Generalnie rynek grecki to skrajności. Z jednej strony są wspaniałe bazary, gdzie wiszą na hakach całe połacie mięs, bogactwo ryb leży w kostkach lodu, a obok piętrzą się góry pysznych owoców i warzyw.
Nasz sanepid miałby tam wieledo zrobienia…
Z drugiej strony są dwie bardzo silne greckie, a przy tym nowoczesne sieci handlowe: Masoutis i Sklavenitis. Mają sklepy w różnych formatach, ale wszystkie są przepiękne. Największe wrażenie robią na mnie do tej pory sklepy Masoutis w Salonikach. Gdy byłem tam pierwszy raz, to nie mogłem się napatrzeć na potężne wyspy z setkami serów, wędlin czy wyrobów cukierniczych. Bajka po prostu.
Jest też trzecia twarz handlu w Grecji: są to sklepiki w miejscowościach turystycznych, w których obok produktów spożywczych leżą maski do nurkowania czy ręczniki plażowe. One rządzą się swoimi prawami.
Należy pamiętać, że Grecy są specyficzni, kupują głównie rodzime produkty, dlatego nie ma tam tak wiele sieci zagranicznych jak u nas. Dobrze radzi sobie Lidl, który się dość mocno dostosował do greckiego klienta. Jest też E.Leclerc i Makro. I na tym koniec. My za to mamy przegląd wszystkich większych sieci, jakie są w Europie.

Czy w jakimś stopniu przenosi pan swoje zamiłowanie do Grecji do swoich sklepów?

Staram się. Mam malutki dział z produktami greckimi, które oznaczyłem niebieską flagą. Współpracuję z dwiema hurtowniami, które mają greckie specjały w ofercie. Dzięki temu można u mnie kupić m.in. oliwki czy chałwy pakowane, ale też na wagę. Poza tym zainspirowałem się fantastycznymi stoiskami mięsnymi tamtejszych wielkich sieci i w jednym z moich sklepów zrobiłem 13-metrowe stoisko, które zostało ozdobione wielkimi zdjęciami tematycznymi, do których wykupiłem prawa autorskie. Więc można je zobaczyć tylko u mnie. Podob nie zrobiłem na dziale rybnym i z serami. Bardzo ładnie to wygląda.
Zainwestowałem też w dość drogą lodówkę Norpe do działu mięsno-wędliniarskiego, gdzie góra jest odkryta i np. salami sprowadzane z Węgier jest pięknie wyeksponowane, a spód jest zamykany, i tam trzymamy podstawowe produkty, bez których nie ma handlu, czyli np. znaną w Wielkopolsce kiełbasę na grilla od Krzysia Mielcarka.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Grecji: a jak jest u nich z nowymi technologiami typu kasy samoobsługowe, płatności bezgotówkowe, e-commerce?

Podobnie jak u nas. Ostatnio Lidl na szeroką skalę wprowadza tam kasy samoobsługowe. Jego tropem idą pozostałe sieci, w tym Masoutis i Sklavenitis. W dużych miastach bez problemu można płacić kartą, w mniejszych miejscowościach może być z tym jeszcze problem. Ale to się dynamicznie zmienia, podobnie jak e-commerce, który w ostatnim czasie bardzo rozkwita.

Czy w Helladzie znane jest pojęcie franczyzy?

Jak najbardziej. Działa wiele małych lokalnych sieci, których właściciele zrzeszyli się, bo – podobnie jak my w Polsce – są pozostawieni przez państwo samym sobie. Są to m.in. Helios, Galaxias, Express Market, Afroditi.

U nas franczyza to temat, który wypływa teraz na szerokie wody wskutek próby jej uregulowania przez Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców. Czy franczyza rzeczywiście wymaga zdefiniowania w prawie, czy też lepiej byłoby tego tematu nie ruszać, aby jej nie popsuć?

Działam we franczyzie 25 lat, dlatego też jako praktyk sugerowałbym pozostawienie franczyzy do samoregulacji. Po co zmieniać coś, co dobrze działa? Przecież to franczyza sama uregulowała w znacznym stopniu rynek, na który zostały wpuszczone bez żadnych ograniczeń zagraniczne sieci. Wypracowaliśmy pewne mechanizmy, handel działa, a rynek stabilizuje się.

Jest pan przewodniczącym Rady Franczyzowej w Lewiatanie Wielkopolska. Czym się zajmujecie w radzie?

Jest nas tu siedmioro i zajmujemy się najróżniejszymi sprawami. Jesteśmy ciałem doradczym w sieci, opiniujemy i sprawdzamy np. nowe pomysły technologiczno-informatyczne, nowe produkty czy opakowania naszych marek własnych, których mamy już ponad 500 SKU. To do nas trafiają też sygnały o nieprawidłowościach, które staramy się rozwiązać. Np. ostatnio dowiedzieliśmy się, że jeden z naszych franczyzobiorców zaczął prowadzić drugi sklep, ale już pod innym szyldem. W naszej organizacji to niedopuszczalne naruszenie, sprawa trafiła wyżej do centrali. Staramy się też dać coś od siebie, dlatego z mojej inicjatywy weszły do całej sieci papier pergaminowy do pakowania czy torebki na pieczywo i wyroby cukiernicze z pięknym nadrukiem.

Z jakimi wyzwaniami mierzycie się obecnie?

Tym największym jest uzmysłowienie przedsiębiorcom działającym we franczyzie miękkiej, że muszą wywiązywać się z warunków, pod którymi się podpisali. Jeśli więc zobowiązaliśmy się brać z Eurocashu 30 czy 50% towarów, to należy tak robić, bo to korzyść dla obu stron. Dla Eurocashu – oczywista, a dla nas: hurtownik ten ma naprawdę bardzo dobre ceny, a za zakupy u niego dostajemy przyzwoite retro. Czego chcieć więcej? Nie chcemy nikogo zmuszać, możemy jedynie przekonywać argumentami i własnym przykładem.

Jaka jest pana opinia: czy miękka forma franczyzy powinna być w ogóle nazywana franczyzą? Może to jest kwestia do doprecyzowania?

Lewiatan to jest miękka franczyza i nie zamieniłbym jej na żadną inną. Mam dużą decyzyjność, a przy tym ogromne wsparciez centrali.

Co konkretnie daje panu franczyza?

Jest mi dużo lżej, bo wiele rzeczy robimy razem. Samemu nie dałbym rady podejmować aż tylu aktywności, chociażby w postaci wspólnych zakupów, gazetek, promocji, wprowadzania nowości, w tym technologicznych, nadążania za wciąż zmieniającymi się przepisami. Mogę wymieniać godzinami.

Czemu trafił pan akurat do Lewiatana?

Mój śp. brat Maciej Michalak był zaangażowany w powołanie sieci do życia wraz z moim również śp. szwagrem Romualdem Gulczyńskim oraz Waldemarem Nowakowskim, który był jej pomysłodawcą, a obecnie jest prezesem Polskiej Izby Handlu. Najpierw założyli hurtownię, która następnie dała zaczyn do powołania sieci.
Nie mogło więc być inaczej, Lewiatan był mi pisany. A czemu taka nazwa sieci? Od greckiego Lewiatana, olbrzyma, który chronił słabszych. Jest też nawiązaniem do działającego w okresie międzywojennym Centralnego Związku Polskiego Przemysłu, Górnictwa, Handlu i Finansów „Lewiatan”, którego tradycje chcemy kontynuować.

Ostatnie lata to ogrom nowych przepisów/podatków, które dotykają handel. Które z tych zmian narzuconych odgórnie są według pana kluczowe?

Najbardziej zabolała i drażni mnie regulacja płacy. Mam 24 pracowników na etacie i 4 na umowach-zlecenie. Wychodzę z założenia, że moi pracownicy powinni zarabiać 3,5 tys. zł na rękę. Jeśli jednak państwo narzuca mi stawkę minimalną, to powinno dać mi ulgi podatkowe z tego tytułu. Przecież państwowe firmy są dotowane, więc dlaczego my sami musimy wszystko wypracować? Ile jeszcze wytrzymamy? Koszty ciągle rosną, zrobiło się ciężko. Drożeje prąd, wywóz śmieci. Kiedyś za odbiór kartonów nam płacili, teraz cieszymy się, że w ogóle od nas odbierają. Płacę też za szambo – musiałem wybudować przepompownię za 150 tys. zł. Miesięcznie mam 200 tys. zł netto kosztów stałych na dwóch sklepach.

Obydwa sklepy są pod Poznaniem, jeden jest duży, drugi mały. Jakie są jeszcze różnice między nimi?

Oba są w podpoznańskim Kiekrzu, nad jeziorem Kierskim. Kiedyś był to teren mocno rozwinięty turystycznie, było sporo ośrodków wypoczynkowych. Teraz też przyjeżdżają letnicy, ale już w dużo mniejszym stopniu. Odległość między moimi sklepami jest niewielka - ok. 850 m. Pierwszy, a zarazem większy, działa w wybudowanym przeze mnie małym centrum handlowym. Sam sklep to 700 mkw. Mam tu bardzo rozbudowany asortyment – 11,7 tys. SKU – którym konkuruję z powstałą naprzeciwko Biedronką. Nauczyłem się już z nią żyć, ceny mamy podobne. Do niej klienci idą po podstawowe zakupy, a do mnie po całą resztę, bo Biedronka ma tylko 3,8 tys. produktów. Wiedzą, że u mnie wszystko jest.
Drugi to mały, bo 120-metrowy sklepik, zlokalizowany wśród osiedla domków jednorodzinnych. Ma sporo klientów starszej daty, w odróżnieniu od pierwszego sklepu, którego odwiedzają i miejscowi, i przyjezdni. Od dwóch lat jest w nowej aranżacji wizualnej Lewiatana. Jest piękny!

„Zapalony lewiatańczyk” – taką opinię wyrobił pan sobie w Lewiatanie. Z czego wynika to pana zaangażowanie się w sieć?

Zwykle jak coś robię, to na 200%. Nie ukrywam, jestem trochę buntownikiem. Moje zaangażowanie zaczęło się, gdy w 2011 r. sieć Lewiatan została częścią grupy Eurocash, która uzyskała prawa do marki oraz zarządzania w 9 z 16 spółek regionalnych. Nie mając pełnej wiedzy o zwyczajach zakupowych Polaków, zaczęli nam dyktować warunki. To nie były złe intencje z ich strony, ale inne rozumowanie. Postanowiliśmy więc negocjować z pozycji (wówczas) 2,5 tys. sklepów. Ze wszystkich regionów wybraliśmy siedmiu reprezentantów. Chcieliśmy porozumienia, były twarde negocjacje. Tłumaczyliśmy m.in. Pedrowi Martinho, że w Polsce obowiązuje zasada 3xC, czyli cena, cena, cena. Przekonywaliśmy go, żeby dał nam dobrą cenę, a wszyscy będą zadowoleni. I udało się. Teraz coraz mniej kupuję z rynku, bo mi się to nie opłaca. Z Eurocashu biorę już 70% towaru.

Rzeczywiście ma pan duszę buntownika - swego czasu zorganizował pan w Warszawie protest przeciwko podatkowi handlowemu, mimo że pana sklepy pod niego nie podpadają. Czemu?

Nie zawsze tak było. Wkurzyłem się, bo początkowo sklepy zrzeszone w sieci musiałyby płacić ten podatek od obrotów wypracowanych przez całą sieć, a nie przez swoje sklepy. To jakiś absurd. Spotkaliśmy się z lewiatańczykami, szukaliśmy dróg wyjścia, następnie rozmawialiśmy z politykami z regionów, ale to nic nie dało. Wiedząc więc, że władza boi się ludzi, zaproponowałem strajk w Warszawie.

I został pan przewodniczącym komitetu strajkowego.

Tak. Z racji tej funkcji byłem wezwany na policję, gdzie pouczono mnie, że za wszystko odpowiadam osobiście. Chyba chcieli mnie nastraszyć…
Przyjechało 5,5 tys. osób, nie mogłem uwierzyć, że aż tyle. Spotkaliśmy się pod stadionem Legii, wyznaczyliśmy tzw. kierowników autokarów, którzy odpowiadali za swoich ludzi, i pomaszerowaliśmy pod Sejm. Tam wyszedł do nas Henryk Kowalczyk, ówczesny szef Komitetu Stałego Rady Ministrów. Ale protestującym to nie wystarczyło. Zaproszono więc naszą delegację do Sejmu. Spotkaliśmy się m.in. z ministrem Jarosławem Gowinem, posłem Adamem Adamowiczem, i ministrem Kowalczykiem. Wydaje się, że byli mocno zaskoczeni. Takie opodatkowanie franczyzy tłumaczyli przeoczeniem.

I udało się. Podatek po długich bojach w instytucjach unijnych wszedł w życie dopiero 1 stycznia br. i sklepy we franczyzie rozliczają się oddzielnie, nie jako cała sieć.

Tak, to takie moje małe zwycięstwo.

Dlaczego otwiera pan sklepy w niedziele? Nie ma pan poczucia, że obchodzi prawo?

Odpowiem pytaniem na pytanie: a dlaczego ja mam nie korzystać z wyjątku w ustawie, skoro inni korzystają? Jestem w czymś gorszy od Żabki? No nie. Od momentu, kiedy pojawiły się pierwsze sygnały, że „Solidarność” chce ograniczyć handel w niedziele, gorąco popierałem ten pomysł. Ale byłem za tym, żeby zakaz obowiązywał wszystkich, bez wyjątków. Obecny kształt ustawy to jakieś kuriozum. Lewiatan podpisał więc umowę z e-Płatnościami, a my indywidualnie mamy umowę z UPS i na tej podstawie zyskaliśmy status placówki pocztowej.

Czy jest pan zwolennikiem uszczelnienia ustawy ograniczającej handel w niedziele?

Jak najbardziej. Powinno być tak jak w Grecji. Tam w niedziele mogą się otwierać tylko stacje paliw i sklepiki w miejscowościach turystycznych.

Przynajmniej o sukcesję już nie musi się pan martwić.

Tak, tę kwestię mam już załatwioną. Moja rodzina handel ma we krwi od dziada-pradziada. Mama z tatą przez 25 lat prowadzili sklep społemowski. Jako dzieciak uwielbiałem im pomagać: układałem czekolady w harmonijkę, z braćmi rozlewaliśmy i roznosiliśmy mleko po domach. Nie mogłem przejąć po nich tego sklepu, bo był państwowy. Wziąłem więc w ajencję inny, przy ul. Chojnickiej, który zamieniłem z czasem w centrum handlowe z 11 sklepami, hotelem, restauracją, basenem. Nie wyobrażałem sobie innej pracy niż w handlu. Wszedłem w ten biznes z zamiłowania. I podobnie jest u moich synów. W 2012 r. założyłem z nimi spółkę. Synowie podzielili się obowiązkami. Młodszy Adam odpowiada za zamówienia w dużym sklepie. Co i rusz wprowadza też różne nowinki, np. stworzył działy z produktami ekologicznymi czy chińskimi. I ciągle nad nimi pracuje.
Starszy z kolei – Tomek – przejął dowodzenie mniejszym sklepem. Gdy jednak coś się u nas na Chojnickiej popsuje, przyjeżdża i naprawia, szczególnie komputery. Także mogę spać spokojnie, nie bojąc się o przyszłość swojego biznesu.

Mimo faktu, że rynek ogromnie się zmienia?

Tak, poradzą sobie. A rynek rzeczywiście przeszedł ogromną przemianę. Kiedyś było tu zaledwie kilka sklepów społemowskich, a teraz jest już bardzo ciasno. W samym Poznaniu, nie licząc jego obrzeży, mamy 20 Lidli, 64 Biedronki i sporo Dino. I nie ukrywam, że to Dino jest największym zagrożeniem dla takich sklepów jak Lewiatan, które lokują się w mniejszych miejscowościach. Cenowo zamiatają małe sklepy. Poznań stoi też Żabkami – są one na większości ulic. Dla mnie to kanibalizm – komu to się opłaca?

W Warszawie podczas pandemii rozkwitła sprzedaż artykułów spożywczych przez internet. A w Poznaniu?

Według mojej wiedzy nie ma tu aż takiego szaleństwa, o jakim słyszałem, że wystąpiło w Warszawie. Spar kontynuuje internetową działalność Piotra i Pawła, można też zamawiać w Selgorsie i Makro. I na tym moja wiedza się kończy, ale według moich synów handel internetowy w Poznaniu też kwitnie, szczególnie wśród młodych osób.

Czy zamierza więc pan zainwestować w e-sklep?

Według synów to konieczność. Ja jednak jestem tradycjonalistą, nie wyobrażam sobie kupowania żywności przez internet. Towar muszę zobaczyć, upewnić się, że został świeżo pokrojony…
Nie wykluczam jednak tej inwestycji. Na razie czekamy na udoskonalenie aplikacji Lewiatana, która pozwala na taką formę zakupów.

A jak zapatruje się pan na kasy samoobsługowe?

Obserwujemy rynek. Chcę wprowadzić jedną testowo do większego sklepu. Chyba nie uda mi się to w tym roku, ale w przyszłym to już raczej tak. Podobnie jak w przypadku e-sklepu czekamy na rozwiązanie, które pozwoli sczytywać kody QR produktów, nawet te, których klient – przez przypadek lub z premedytacją – nie zeskanował. W Lewiatanie trwają nad tym prace.

Czy jest jeszcze coś, co chciałby pan wprowadzić do swoich sklepów?

Dużo nowinek już mi nie zostało… Pięć lat temu zainstalowałem piec konwekcyjno-parowy, w którym pieczemy różne mięsiwa. Mamy też wyciskarkę do pomarańczy, rozbijarkę do kotletów, dwustronną lodówkę na wina. Od piekamy pieczywo, mimo że gotowe dostarcza mi pięć piekarni. Ale co ciepłe, to ciepłe. Wprowadziliśmy też piwa rzemieślnicze, które bardzo dobrze sprzedają się, mimo ceny wyższej niż koncernowe. Zimą sprzedajemy 30-40 butelek dziennie, a latem sprzedaż idzie ostro w górę.

Na ile sytuacja, patrząc na popyt na różne kategorie, wartość koszyka czy liczbę wizyt, wróciła już do czasów sprzed pandemii?

Sytuacja absolutnie nie wróciła jeszcze do normy. Przy naszym centrum handlowym jest szkoła i gdy ona przeszła na zdalne nauczanie, drastycznie spadła nam liczba klientów – dzieci, ale też rodziców, którzy odwożąc pociechy na lekcje, robili u nas zakupy. Mamy więc o około 400 klientów mniej, a patrząc na obroty pierwszych czterech miesięcy tego roku versus styczeń-kwiecień 2020 r., to jest o 400 tys. zł mniej.
Mam nadzieję, że od września powoli będziemy wracać do normalności. I znów, w tak trudnych czasach, zostaliśmy pozostawieni sami sobie.

Co więc powinien zrobić rząd, aby wspomóc działanie polskiego handlu?

Jest wiele rzeczy. Przede wszystkim musi uświadomić sobie, że handel to jest potężna gałąź gospodarki, która przynosi ogromne profity. Jesteśmy obciążeni składkami na ZUS, VAT-em, mnóstwem innych podatków, co i rusz pojawiają się inne obowiązki. A co w zamian? Figa z makiem. Liczy się tylko drenaż naszych kieszeni. Marzy mi się więc, abyśmy się skrzyknęli jako branża i przestali przez jakiś czas płacić podatki. Może wtedy rządzący zauważyliby, jak jesteśmy ważni.

________________________________________________________________________________________________________________________________

WIESŁAW MICHALAK
Właściciel dwóch sklepów Lewiatan pod Poznaniem. Ukończył technikum
handlowe, po którym poszedł pracować na stacji paliw CPN.
Z czasem został tam kierownikiem zmiany. Później zainicjował własną
działalność handlową. Aktywista, działa w trzech organizacjach
charytatywnych. Samochodem przejechał wzdłuż i wszerz Europę.
Tuż przed 50. urodzinami pierwszy raz wsiadł do samolotu. Od tego
momentu fan lotnictwa. Codzienniestara się jeździć ok. 30 km na
rowerze, lubi też narty

Katarzyna Pierzchała 4886 Artykuły

W „Handlu” od 2004 r. Europę przemierza dla przyjemności, Polskę w poszukiwaniu sklepów wartych uwagi. Zgłębia handel od podszewki. Puzzlomaniaczka.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.