Jak wygrywają małe sklepy [ANALIZA]

Miesiące pandemii pokazały jasno - małe sklepy są na fali, to do nich szerzej zwracają się konsumenci, a w ślad za nimi producenci. I to pomimo szeregu niekorzystnych okoliczności. Jak wyglądają te kolejne tygodnie?

W telegraficznym skrócie wygląda to tak: od stycznia do września br. średnia wartość transakcji w małych sklepach wzrosła o 20,5 %, zaś średnia liczba opakowań w koszyku zwiększyła się o 9,6%, a średnia wartość sprzedaży o 7,4%, jak wynika z analizy paragonowej wykonanej przez Centrum Monitorowania Rynku (CMR). Małe sklepy przestały być miejscem wyboru produktów spożywczych, których akurat „zabrakło”, a kolejni producenci to tu zaczynają budować także dystrybucję produktów bardziej niszowych, jak napoje roślinne. To małe sklepy przejęły też część ruchu zamkniętego kanału HoReCa, a zdaniem ekspertów, producentów i detalistów to ten format będzie jeszcze przez długie miesiące częstym wyborem konsumentów – jest postrzegany jako bliski, a więc bezpieczniejszy niż największe sklepy, a do tego wpisuje się we wzmacniające się trendy – poszukiwania lokalności i wspierania takich lokalnych biznesów.

Co dalej?
A jak to wygląda w szczegółach na paragonach analizowanych przez CMR? Chronologicznie rzecz ujmując, marzec i ogłoszona wówczas kwarantanna przyniosły w placówkach do 300 mkw. spadek całkowitej liczby transakcji, ale wartość sprzedaży utrzymywała się na poziomie podobnym jak w okresie przed kwarantanną dzięki znacznie wyższej średniej wartości koszyka. Sprzedaż produktów suchych i z długim terminem ważności była nieco wyższa niż przed epidemią, traciły produkty impulsowe. Odmrażanie gospodarki, a więc maj i czerwiec, to wzrost liczby transakcji i spadek średnie wartość paragonu. Wówczas rosła też sprzedaż produktów impulsowych, a także wódek smakowych, napojów energetyzujących. Z kolei sprzedaż produktów suchych i z długim terminem wartości utrzymywała się na poziomie podobnym jak przed rokiem. Koniec lipca i początek października przyniosły stabilizację, tzn. zwiększała się liczba transakcji, spadała średnia wartość paragonu. Rozwijała się sprzedaż piwa, lodów, wódek smakowych, a sprzedaż produktów suchych i z długim terminem ważności pozostawała na poziomie podobnym jak przed rokiem lub niższym. Październik i listopad to już „druga fala” pandemii, która przyniosła kolejną zmianę zachowań. Zmniejszała się liczby transakcji, ale rosła średnia wartość paragonu. Zaczęła zwiększać się znowu sprzedaż produktów suchych i z długim terminem ważności.

– Łącznie w 35 tygodniach (zakończonych w listopadzie) wartość sprzedaży w sklepach małoformatowych do 300 mkw. była o 5% wyższa niż przed rokiem. Średnia wartość transakcji wyniosła w tym czasie 18,69 zł, tzn. o 24% więcej niż rok wcześniej. W porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej duże wzrosty odnotowały kategorie kulinarne, mleczne, produkty do pieczenia. Klienci sklepów małoformatowych więcej niż przed rokiem wydali w tym czasie również na wódki czyste, wina i whisky, a także czekolady i ciastka – podsumowuje Elżbieta Szarejko z CMR.

Te wyniki zaniżają nieco dane listopadowe (choć też są wzrostowe), przy czym to zeszłoroczny listopad był wyjątkowo korzystny dla zakupów, więc tu baza była wysoka. W 2019 r. tak się ułożył kalendarz, że listopad przyniósł dwa długie weekendy, a to – jak podkreśla Elżbieta Szarejko – zawsze jest impulsem do zwiększonych zakupów. Na niekorzyść małych sklepów działały okolice dnia Wszystkich Świętych: spadła nie tylko sprzedaż zniczy (o ok. 30%), ale też produkty związane ze spotkaniami w rodzinnym gronie, jak np. wódki w dużych pojemnościach czy dodatki do ciast.

– Należy także pamiętać, że studenci wciąż nie wrócili na uczelnię, a to również grupa, która chętnie robiła impulsowe, uzupełniające zakupy w małym formacie – dodaje.

Wzrost goni wzrost
Jakie wnioski na przyszłość warto, by wyciągnęli detaliści? W drugiej fali epidemii w sklepach małoformatowych znów wzrosło znaczenie dużych zakupów (mówimy o koszyku z ponad dziesięcioma opakowaniami), spadł natomiast odsetek transakcji dotyczących zakupu 1-2 produktów.

– Jeśli klienci będą widzieli, że w pobliskim sklepie kupią wszystko to, czego potrzebują, albo przynajmniej większość produktów ze swojej listy zakupowej, to będzie to dla nich argument, żeby tam pójść, zamiast robić zakupy na cały tydzień w którymś z dyskontów – mówi Elżbieta Szarejko.

Kluczowe są więc rozwiązania, które sprawią, że klienci nie będą traktować takich placówek jako miejsca na zakupy uzupełniające.

– Oczywiście innym ważnym pytaniem jest to, na ile Polacy będą bać się chodzić do większych sklepów. W pierwszej fali pandemii gros sklepów zyskujących klientów to były te w najmniejszych miejscowościach. Konsumenci nie chcieli jeździć do dyskontów w mieście – dodaje.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.