Ceny żywności w 2021 r.: drożej czy nie? [ANALIZA]

Tempo wzrostu cen będzie wolniejsze niż w 2019 i 2020 r., choć nie do końca wiadomo, jak podatki cukrowy i handlowy przełożą się na ceny detaliczne.

Od września 2020 r. ceny artykułów spożywczych, które wcześniej przez kilkanaście miesięcy podbijały inflację, rosły w mniejszym stopniu niż innych towarów, a zwłaszcza usług, czyli działały na ogólny wskaźnik obniżająco. Tak samo ma być w 2021 r.

Jak prognozuje Narodowy Bank Polski, w 2020 r. inflacja ogółem wyniosła 3,4%. To bardzo prawdopodobny wynik, zważywszy, że po listopadzie ceny były wyższe niż w ciągu 11 miesięcy 2019 r. o 3,5%. Oznacza to najwyższą całoroczną inflację od 2012 r. Według przewidywań banku centralnego ceny żywności (samej, bez napojów) wzrosły w tym roku mocniej, bo o 4,8%. To jednak pokłosie okresu między styczniem a sierpniem, gdy żywność napędzała inflację. Przez kolejne dwa lata produkty spożywcze będą drożały wolniej niż towary i (zwłaszcza) usługi ogółem. W przyszłym roku NBP spodziewa się inflacji na poziomie 2,6%, podczas gdy ceny żywności mają wzrosnąć tylko o 1,6%. Tanio będzie zwłaszcza w pierwszym półroczu, gdy w każdym z kwartałów wskaźnik ten sięgnie tylko 0,9% – najmniej od 2016 roku.

W ciągu 11 miesięcy roku żywność zdrożała o 5,4%, a żywność i napoje bezalkoholowe – o 5,1%.

Konsumenci najbardziej odczuli wzrost cen owoców, za które trzeba było w tym czasie płacić aż o 18,5% więcej niż w 2019 r. Dwucyfrowo (czyli przynajmniej o 10%) podrożały także wędliny – o 10,2%. Wyraźnie więcej niż rok wcześniej detaliści życzyli sobie za mięso wieprzowe (9,1%), pieczywo (8,2%), ryż (7,0%), mleko (6,8%) oraz cukier (6,6%). Tańsze były jedynie masło (o 3,6%) oraz drób (o 0,7%).

Im bliżej końca roku, tym ceny najmocniej drożejących produktów zaczęły się normować. Owoce, wędliny, wieprzowina i cukier były w listopadzie tańsze niż w październiku. Z obserwacji cen hurtowych na rynku rolno-spożywczym w Broniszach pod Warszawą wynika, że w połowie grudnia podaż owoców i warzyw była duża, a ceny średnio pozostawały na poziomie sprzed roku. Tańsze były ziemniaki, kapusta kiszona i warzywa korzeniowe, droższe ogórki kiszone, mango i winogrona.

Z badania Food Research Institute wynika także, że w listopadzie indeks IBŻ, obrazujący nastroje w branży rolno-spożywczej, po raz pierwszy w tym roku wzrósł, co wskazuje, że rolnicy, przetwórcy i producenci z większym optymizmem patrzą w przyszłość i to pomimo że badanie przeprowadzano podczas drugiego, „miękkiego” lockdownu.

- Zdaniem ekspertów Food Research Institute, wyniki ostatniego badania odzwierciedlają poprawę sytuacji gospodarczej m.in. wzrost wartości eksportu i importu towarów rolno-spożywczych w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Wzrosła liczba przetwórców, którzy oceniają swoją sytuację finansową dobrze – pisze PAP.

– Jednocześnie z badania wynika, że rośnie produkcja – już tylko 1/4 ankietowanych mierzy się z jej odczuwalnym spadkiem, podczas gdy wcześniej deklarował go co trzeci badany. Mniej przedstawicieli sektora rolno-spożywczego odczuło także spadek opłacalności produkcji: wspomniał o niej tylko 1 na 3 ankietowanych, wcześniej na spadek skarżyło się 40% respondentów”. Oczywiście wskaźnik był znacznie niższy niż przed pandemią (52,8 vs. 67,4), ale nastąpiła zmiana kierunku na wzrostowy.

Niepewna przyszłość

Od 1 stycznia wchodzą w życie dwa nowe podatki, które mogą odbić się na cenach detalicznych żywności i napojów. Prawdopodobnie producenci i detaliści wezmą na siebie część wyższych kosztów, ale podwyżek na półkach raczej nie da się uniknąć.

Pierwszy z nich to podatek cukrowy, zwany przez ustawodawców eufemistycznie „opłatą”. Ustawa zakłada wprowadzenie opłaty od napojów słodzonych, podzielonej na część stałą i zmienną. Opłata stała to 50 gr za litr napoju z dodatkiem cukru lub substancji słodzącej, dodatek 10 gr za litr napoju z dodatkiem substancji aktywnej (kofeina lub tauryna), opłata zmienna to 5 gr za każdy gram cukru powyżej 5 gramów/100 ml – w przeliczeniu na litr napoju. Opłata będzie uiszczana raz w miesiącu.

W zamierzeniu pomysłodawcy, czyli ministra zdrowia, wyartykułowanym w uzasadnieniu do ustawy, opodatkowanie dosładzanych napojów ma ograniczyć spożywanie cukru przez Polaków. Z jednej strony powinno zniechęcić konsumentów do sięgania po nie (poprzez wyższe ceny), z drugiej – spowodować, by producenci ograniczali cukier w napojach. Jednak odkąd projekt ujrzał światło dzienne tuż przed Bożym Narodzeniem 2019 roku, branża zwraca uwagę na wiele niekonsekwencji w zapisach ustawy.

Jak tłumaczy Michał Borecki, CEO spółki Wild Grass, która produkuje colę z herbaty (ChaiKola i ChaiKola Green) oraz napój na bazie yerba mate (ChaiMate), wielkie koncerny będzie stać na ten podatek, natomiast mniejszym firmom grozi utrata płynności finansowej i w konsekwencji bankructwo. 

– Opłata musi, zgodnie z ustawą, zostać odprowadzona do 25 dnia miesiąca następującego po miesiącu, w którym miała miejsce sprzedaż. Terminy płatności za fakturę to bardzo często 60 dni. Jeżeli ostatniego dnia miesiąca przedsiębiorca sprzeda, powiedzmy, sto tysięcy butelek o pojemności 1,5 l z maksymalną opłatą 1,2 zł za litr (1,8 zł opłaty do każdej butelki) i z terminem płatności 60 dni to na minimum 35 dni musi "założyć” 180 tysięcy złotych – wylicza Michał Borecki. – Ta sytuacja powtarza się w kolejnym miesiącu: znowu dokłada 180 tysięcy i dopiero po 5 dniach od tej drugiej opłaty otrzyma płatność za fakturę wraz z opłatą „cukrową” – za pierwszą fakturę. Przedsiębiorca musi więc wyczarować 360 tysięcy złotych. A co, jeżeli kontrahent spóźni się o 30 dni? A co, jeżeli nie zapłaci lub zbankrutuje? Co, jeżeli to nie 100 tysięcy butelek, ale milion? Przecież to są astronomiczne kwoty bardzo często porównywalne lub niewiele mniejsze niż obroty – komentuje.

Wątpliwości budzi m.in. obłożenie podatkiem nie tylko napojów słodzonych cukrem czy syropem glukozowo-fruktozowym, ale także zerokalorycznymi zastępnikami, nawet naturalnymi, takimi jak choćby stewia.

Kolejny aspekt, który zbulwersował branżę, to wyjątkowo krótkie vacatio legis; opłata najpierw miała wejść w Zycie od 1 kwietnia 2020 r., potem od 1 lipca, wreszcie z powodu pandemii termin ten przesunięto na 1 stycznia 2021 roku. Trudno jednak, by producenci wykorzystali ten czas na dostosowanie receptur do konstrukcji podatku, gdy zajęci byli obroną biznesów przed pandemią.

– Branża sokownicza w Polsce już od wielu lat podejmuje działania w zakresie reformulacji poprzez podwyższanie wartości odżywczej nektarów i napojów, między innymi wykorzystując do ich produkcji nie tylko soki, ale także przeciery z owoców i warzyw, które wnoszą nie tylko błonnik, ale również wiele wartościowych witamin i fitoskładników o właściwościach antyoksydacyjnych – zwracał uwagę w przeddzień pierwszego lockdownu prezes Krajowej Unii Producentów Soków Julian Pawlak. Dodaje, że na rynku pojawiły się już kilka lat temu napoje z udziałem soków, które nie są w ogóle dosładzane cukrem i zawierają do 60% składnika owocowego i/lub warzywnego. Ponadto napoje i nektary z cierpkich i kwaśnych owoców, takich jak: porzeczki, wiśnie, aronie etc. muszą być dosładzane dla otrzymania akceptowalnego przez konsumenta smaku.

– Dotychczasowe starania branży, związane z działaniami reformulacyjnymi, zostaną zniweczone. Producenci tych napojów ponosząc dodatkową opłatę, nie będą mieli możliwości finansowych, by kontynuować ten trend – przestrzegał prezes Pawlak.

Największy sprzeciw branży budziło nałożenie opłaty na napoje z 20-proc. i większym udziałem soków owocowych i warzywnych. Producenci przekonywali, że są one znacznie zdrowsze niż analogiczne produkty na Zachodzie, bo zawierają więcej naturalnego soku. Ostatecznie zostały one zwolnione ze stałej części opłaty, ale jeśli poziom cukru przekroczy 5 g na 100 ml, będzie je obowiązywała opłata zmienna.

Według analityków Credit Agricole uwzględniając konstrukcję podatku cukrowego w warunkach jego hipotetycznego całkowitego przerzucenia na konsumentów, względny wzrost cen byłby bardzo zróżnicowany. Najsilniej w ujęciu procentowym (o ok. 35%) wzrosłyby ceny słodzonych napojów gazowanych o relatywnie wysokiej zawartości cukru i niskiej cenie za 1 litr, które często zawierają również substancje aktywne takie jak kofeina.

- Wyraźnie mniejszy względny wzrost zostałby odnotowany w przypadku soków, nektarów i innych napojów, w przypadku których dzięki zawartości soku wynoszącej przynajmniej 20%, nakładany będzie tylko zmienny element podatku. Szacuje się, że w tej kategorii ceny wzrosłyby przeciętnie o ok. 10% – ocenia Credit Agricole.

Podatkiem w duży handel

Kolejną daniną, która (być może) zacznie obowiązywać od Nowego Roku jest podatek od sprzedaży detalicznej. Rząd liczy na pozyskanie w 2021 r. ok. 1,5 mld zł od wielkich sieci handlowych. Do uiszczania tej opłaty zobowiązane będą te organizacje, które uzyskają w danym miesiącu min. 17 mln złotych przychodu ze sprzedaży detalicznej. Do 170 mln złotych miesięcznie stawka wyniesie 0,8%, natomiast po przekroczeniu tej kwoty stawka wzrośnie do 1,4%.

Problem polega na tym, że wciąż nie ma wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który ma zadecydować, czy danina jest zgodna z prawem wspólnotowym. Przypomnijmy, że stosowna ustawa została uchwalona już w połowie 2016 roku, ponieważ jednak Komisja Europejska wszczęła postępowanie w związku z podejrzeniem naruszenia prawa unijnego, pobór podatku został zawieszony. Wiosną 2019 roku TSUE stwierdził jednak, że nie widzi sprzeczności między polską ustawą a zasadami UE, Komisja odwołała się jednak od tej decyzji. Kolejne półroczne przesunięcie terminu wejścia w życie podatku handlowego spowodowała pandemia.

Danina ma obowiązywać od 1 stycznia, jednak przed tą datą nie poznamy ostatecznego wyroku TSUE. Wprawdzie w połowie października rzeczniczka Trybunału zakomunikowała, że nie ma przesłanek, ze Polska naruszyła unijne prawo zapisami ustawy, nie jest to jednak jednoznaczne z wyrokiem Trybunału, choć zazwyczaj sygnalizuje jego decyzję.

POHiD - organizacja grupująca duże sieci handlowe, opowiada się przeciwko tej ustawie. Jej prezes Renata Juszkiewicz wskazuje, że w okresie pandemii firmy zrzeszone w POHiD odnotowały spadek obrotów na poziomie 3,5 mld zł, a dodatkowo w celu zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom handlu i konsumentom poniosły wydatki w wysokości przekraczającej 350 mln zł.

– Kolejny podatek nałożony na handel stanowiłby ciężar, którego branża nie będzie w stanie udźwignąć. Spadek obrotów spowodowany pandemią COVID-19, zakaz handlu w niedziele, jak również 20 innych obciążeń fiskalnych w ciągu ostatnich lat mają ogromny wpływ na kondycję firm handlowych. W tym kontekście należy także przywołać inne planowane obciążenia: podatek cukrowy oraz podatek cyfrowy – mówi Renata Juszkiewicz.

Przekonuje, że wprowadzenie podatku od sprzedaży detalicznej w warunkach recesji będzie skutkować drastycznym obniżeniem rentowności prowadzonych biznesów oraz zagrozi falą upadłości firm w całym łańcuchu dostaw, a przez to wzrostem bezrobocia. Spowoduje też wzrost cen, który uderzy w  miliony mniej zamożnych rodzin. Podkreśla, że sieci stworzyły w Polsce 200 tys. miejsc pracy i zainwestowały ponad 50 mld euro.

Zwolennikiem daniny dla dużych konkurentów jest natomiast Polska Izba Handlu, grupująca mniejsze sieci. Tłumaczy, że podatek od sprzedaży detalicznej "jest daniną wyrównania szans między mniejszymi detalistami a dużymi sieciami handlowymi, szczególnie dyskontami".

– Dyskonty na przestrzeni ostatnich 10 lat wzrosły od 10% udziału rynkowego do 33% Liczba sklepów w Polsce spada, a najszybciej ubywa właśnie małych, niezależnych placówek. Przykładowo wg danych Nielsena od stycznia do czerwca 2020 roku zamknęło się ponad 1,2 tys. małych sklepów spożywczych. Jednocześnie przybyło 128 dyskontów – czytamy.

 Jak wskazuje PIH, w naszym kraju w handlu detalicznym działa ok. 340 tys. sklepów małoformatowych, które zatrudniają one ponad 600 tys. osób.

– Podatek ten nie wpłynie na poziom cen towarów w tych sieciach, które będą mu podlegały. Konkurencja na rynku w zakresie cen jest bowiem tak silna, że na znaczące podwyżki nikt nie może sobie pozwolić. Ci, którzy zapłacą ten podatek będą musieli zatem przemodelować swoje finanse w inny sposób niż podwyżki cen – przekonuje PIH.

Według analityków ING w przyszłym roku inflacja wyniesie 2,8%, przy czym w I kwartale będzie oscylowała wokół 2,5%. Najważniejsze czynniki jej powstawania będą jednak leżały poza sektorem FMCG.

– Szacujemy, że same koszty energii dla gospodarstw domowych będą wyższe o ok. 10%. Złożą się na to opłaty mocowa i OZE oraz wyższe ceny energii wytworzonej. Podbije to przyszłoroczny CPI o co najmniej 0,4 pkt proc. – pisze w komentarzu ING. – Dodatkowo mamy podatek cukrowy, wzrost opłat za wywóz śmieci, który może sięgnąć średnio 40% czy podatek handlowy, które łącznie mogą podbić ceny o kolejne ok. 0,6 pkt proc. – szacuje bank.

Zdjęcie: Shutterstock

Magdalena Weiss 3106 Artykuły

Niepoprawna recydywistka - związana z "Handlem" w latach 1999-2005 i ponownie od 2016 r. Tropi najnowsze trendy na rynku FMCG i zmiany w gospodarce. Amatorka kuchni greckiej i bibliotek publicznych. Mieszka kątem u trzech kotów.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.