Pogoda dla bogaczy

Najpierw susza po bezśnieżnej zimie i pozbawionej opadów, za to obfitującej w przymrozki pierwszej połowie wiosny, potem ulewy, nawałnice, grad i podtopienia. Pogoda nie rozpieszcza rolników i sadowników. Jak przełoży się to na zbiory i ceny żywności?

W połowie kwietnia pisaliśmy o zagrażającej zbiorom warzyw, owoców i zbóż suszy, choć z konkluzją, że nie powinno się to rażąco odbić na cenach detalicznych artykułów spożywczych. Na razie, choć inflacja rośnie, tempo wzrostu cen żywności spowalnia: według najnowszych danych GUS w czerwcu ceny żywności i napojów bezalkoholowych były wyższe o 5,7% rok do roku, a to najwolniejsza dynamika od czerwca 2019 r. właśnie. Ceny owoców wzrosły przy tym najmocniej ze wszystkich uwzględnianych kategorii spożywczych - o 27,7% rok do roku, natomiast ceny warzyw pozostały na tym samym poziomie, co rok wcześniej.

Od kwietnia jednak wiele się zmieniło. O ile początek roku przyniósł suszę ze względu na brak wód z topniejącego śniegu (który po prostu nie spadł), suchy marzec i kwiecień, to w maju i w czerwcu nastąpiły ulewy, nawałnice, niekiedy z gradem, a w konsekwencji podtopienia upraw w niektórych regionach kraju, głównie na południu i wschodzie Polski.

Mimo to, jak wynika z najnowszego komunikatu Wód Polskich, 10% kraju nadal zmaga się z suszą rolniczą.

– Finalnie na obszarze Polski suma bilansu zasilania opadem z dwóch półroczy nadal wykazuje obszary deficytowe w województwach: zachodniopomorskim, lubuskim, wielkopolskim, kujawsko-pomorskim łódzkim, podlaskim oraz w części województw pomorskiego, mazowieckiego i dolnośląskiego. W województwach tych, mimo wysokich sum opadów notowanych w czerwcu 2020, występuje zjawisko niżówki – suszy hydrologicznej – informują Wody Polskie. Zresztą nawet w Małopolsce czy na Lubelszczyźnie, gdzie wskutek późnowiosennych opadów bilans wodny wyszedł na plus, są obszary, przede wszystkim górskie i wyżynne, gdzie wciąż występuje niedobór wody, która spłynęła na niższe tereny.

– Od kilku lat mamy do czynienia ze skrajnymi warunkami pogodowymi i musimy się do tej nieprzewidywalności przyzwyczaić – uważa Paulina Kopeć, dyrektor generalna stowarzyszenia Unia Owocowa. – Sytuacja jest trudna, niektóre owoce w dużej części zgniły, jak np. truskawki. Przed nami zbiory jabłek i borówek, które mogą być podobne do ubiegłorocznych lub nieco niższe z powodu fali przymrozków. W przypadku obfitych opadów problemem jest nie tylko niebezpieczeństwo uszkodzenia owoców, ale także fakt, że nie można wjechać maszyną, żeby je ochronić przed szkodnikami i chorobami. Nie wiadomo więc, jaka będzie jakość tych owoców, nawet jeśli wolumen będzie taki sam jak przed rokiem – dodaje.

Czasem słońce, czasem deszcz

Wymienione wyżej zjawiska spowodowały, że sytuacja w poszczególnych regionach kraju, a nawet w sąsiadujących ze sobą gminach jest bardzo różna. Z informacji Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej wynika, że o ile wskaźnik wilgotności gleby w głębszej strefie korzeniowej na Wyżynie Lubelskiej i w południowej Polsce wynosi średnio ok. 70%, to w Lubuskiem, Wielkopolsce czy w woj. zachodniopomorskim utrzymuje się on poniżej 30%, a lokalnie nawet 20%.

– W wielu miejscach stan upraw jest przeciętny, lokalnie dość dobry, ale też w wielu miejscach wystąpiły istotne szkody w uprawach, które wpłyną na obniżenie się plonów. Obecnie w Polsce południowej i południowo-wschodniej notuje się wiele szkód wywołanych intensywnymi opadami przelotnymi, miejscami z gradem oraz szkody wywołane podtopieniami. Natomiast na środkowym zachodzie kraju na stan roślin uprawnych i wysokość plonów niekorzystny wpływ mają utrzymujące się niedobory wody w warstwie korzeniowej – informuje IMGW.

Obecnie na zachodzie kraju rozpoczęły tzw. małe żniwa, ale zbiory jęczmienia ozimego są ograniczone obszarowo ze względu na nie najlepsze warunki pogodowe oraz fakt, że ziarno jest na wielu polach niedojrzałe, a zbiory rzepaku jeszcze się jeszcze w ogóle nie rozpoczęły. Niekorzystne prognozy dotyczą też zbiorów jabłek, których Polska jest największym producentem w Europie i jednym z największych eksporterów na świecie. Jednak jabłoniom zaszkodziły najpierw przymrozki i susza, a potem nieustające deszcze.

– W przypadku jabłek, myślę, że zbiory będą niższe niż przewidywały wcześniejsze prognozy, ale i tak powinny przekroczyć 3 mln ton, podczas gdy zapotrzebowanie konsumentów to ok. 500 tys. ton, eksport – ok. 1 mln ton, a reszta jest przerabiana, głównie na sok. Co najwyżej nieco mniej owoców trafi do przetwórstwa – komentuje Paweł Kraciński z IERiGŻ. – Truskawek było mniej, bo część zgniła, gdyż padało zbyt dużo w ostatnich tygodniach. Mało też jest z tego powodu malin odmian letnich, których jakość dodatkowo nie jest zadowalająca. Czerwone porzeczki obrodziły, a czarne wymarzły, śliwki raczej obrodzą, natomiast zbiory wiśni będą zróżnicowane regionalnie – przewiduje.

Według Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej w lipcu czeka nas przekroczenie normy opadów, i to w całym kraju, ale zwłaszcza na południu i zachodzie Polski. Mniej wilgotny ma być sierpień.

– W sierpniu opady w Polsce południowo-zachodniej mogą kształtować się poniżej normy, a na pozostałym obszarze w normie (jedynie środkowa część Polski północnej powyżej normy) – prognozuje IMGW. – Takie warunki pogodowe mogą utrudnić prace polowe, szczególnie w okresie zbiorów, a zbierane ziarno może charakteryzować się zwiększoną wilgotnością.

Zboża aż do połowy marca miały dobre warunki do rozwoju. Jak jednak wynika z raportu Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej „Rynek zbóż. Stan i perspektywy” opublikowanego w czerwcu 2020 roku, niedobór opadów w drugiej połowie marca i w pierwszej połowie kwietnia 2020 r. oraz regionalne przymrozki opóźniały wzrost zbóż i ograniczały ich plonowanie. I choć późniejsze opady poprawiły nieco sytuację, jakość zbóż w tym roku może być niższa niż przed rokiem.

– Wpływ nawałnic ma raczej lokalną skalę i niewielkie znaczenie. Jeżeli jednak zboże wylegnie, to trudniej jest je zebrać – mówi Wiesław Łopaciuk z IERiGŻ. – Ziarno w wylęgniętym łanie trudniej osiąga pożądaną wilgotność i porasta, mogą się też pojawić porażenia grzybami (pleśń), jeżeli opady utrzymują się przez dłuższy czas, a to skutkuje spadkiem parametrów jakościowych lub – przy porażeniu grzybami – wyłączeniem z przemiału konsumpcyjnego. Ponadto straty w czasie zbioru są większe niż przy koszeniu łanu stojącego. Można się więc spodziewać, że jakość ziarna w tym roku będzie słabsza niż w 2019 r. – konkluduje.

A co z cenami?!

– O detaliczne ceny żywności jestem spokojny, bo one są co prawda znacznie wyższe od cen otrzymywanych przez rolników, ale za to mniej zmienne – mówi Paweł Kraciński z IERiGŻ. – W latach niskich cen detaliści zwiększają marże, a w latach wysokich zmniejszają, gdyż konsumenci nie lubią dużych wahań ceń. Natomiast producenci, szczególnie owoców i warzyw, funkcjonują w warunkach ogromnej, czasami sięgającej kilkuset procent, zmienności cen skupu – tłumaczy.

Czy rolnicy i sadownicy mogą zabezpieczyć swoje uprawy przed coraz częstszymi ekstremalnymi zjawiskami atmosferycznymi? Oczywiście, takie rozwiązania istnieją. To np. tunele albo siatki przeciwgradowe. Jest jednak jeden problem: są niezwykle kosztowne.

– Gospodarstw, które stać na takie dofinansowanie mamy mało, zwłaszcza, że ze strony rynku jest duża presja na cenę. A przy tych zmiennych warunkach pogodowych inwestycje są konieczne – mówi Paulina Kopeć, dyrektor generalna stowarzyszenia Unia Owocowa. – Oczywiście można uzyskać dofinansowania z PROW, ale jest to czasochłonne i wymaga złożenia wielu dokumentów, poza tym samemu też trzeba zainwestować. Dodatkowo, prawo unijne daje możliwość, by takie inwestycje były zryczałtowane, natomiast nie jest to wykorzystywane w naszym kraju, a byłoby dużym ułatwieniem – dodaje.

I podaje wyliczenia: przygotowanie 1 ha pola borówki pod profesjonalną uprawę, sadzonek i nawadniania bez studni to koszt rzędu około 120 tys. zł, koszt osłon – daszków wraz z siatką – również 120 tys. zł lub tunelu, który kosztuje około 250 tys. zł na hektar. Łącznie maksymalne koszty wynoszą około 400 tys. zł.

Dodatkowym problemem rolników jest brak rąk do pracy przy zbiorach. W tym czasie zatrudnieni dodatkowo zbieracze z innych państw stanowią 50-60% pracowników, a brakuje ich nie tylko w gospodarstwach, ale całym łańcuchu dostaw: sortowniach, pakowalniach, przetwórniach.

– Wielu sadowników wraz z rodzinami własnoręcznie wróciło pracy w polu, choć już od kilku lat zajmowali się raczej zarządzaniem. Można oczywiście aktywizować osoby, które np. straciły pracę z powodu koronawirusa, ale praca zbieracza nie jest łatwa – jeśli ktoś nie jest do niej przyzwyczajony i przygotowany, to nie wytrzyma kondycyjnie, może też uszkodzić owoce – tłumaczy Paulina Kopeć.

Paweł Kraciński z IERiGŻ przekonuje jednak, że z punktu widzenia konsumentów tragedii nie będzie ani na rynku owoców, ani też warzyw.

– W przypadku warzyw zagłębia upraw rozrzucone są po całej Polsce, w różnych regionach, więc nawet jeśli część zbiorów zginie, to nadrobią to dostawy z innych części Polski – dodaje Kraciński.

Magdalena Weiss 2658 Artykuły

Niepoprawna recydywistka - związana z "Handlem" w latach 1999-2005 i ponownie od 2016 r. Tropi najnowsze trendy na rynku FMCG i zmiany w gospodarce. Amatorka kuchni greckiej i bibliotek publicznych. Mieszka kątem u trzech kotów.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.