Co dwie głowy, to nie jedna

Jedną z naszych przewag nad konkurencją jest to, że jest nas dwóch. Napędzamy się nawzajem swoją energią i działamy jak perpetuum mobile - mówią Grzegorz Wojciechowski i Sebastian Zysnarski, wspólnicy prowadzący dwa sklepy w Wielkopolsce. A działają tak również w dobie koronawirusa.

„Handel”: Od kiedy gracie do jednej bramki?
GRZEGORZ WOJCIECHOWSKI: Na boisku czy w biznesie? Regularnie gramy w piłkę razem od 18 lat, a od 17 jesteśmy wspólnikami w firmie.
 
Na jakich pozycjach gracie? Jesteście zaprzeczeniem powiedzenia o jaskółkach, że niedobre są spółki...
G .W. : Zarówno na boisku, jak i w biznesie gram na kilku pozycjach. W piłce wyszukuję słabszych punktów naszej drużyny i staram się wypełnić tę lukę, choć największą wartość dla drużyny wnoszę jako obrońca. Podobnie jest u nas w firmie. Poza stałymi obowiązkami wynikającymi z faktu, że jestem współwłaścicielem firmy (wyznaczanie strategii firmy, planowanie rozwoju, zarządzanie polityką zatrudnienia czy monitorowaniem przychodów i kosztów), z przyjemnością zajmuję się działaniami marketingowymi, negocjuję umowy handlowe z dostawcami. Prowadzę też szkolenia wstępne z BHP, jestem opiekunem uczniów odbywających praktyczną naukę zawodu w naszej firmie. Jeśli jest taka potrzeba, potrafię stanąć na kasie i obsługiwać klientów, co sprawia mi dużą przyjemność. Jakiś czas temu odkryłem również, że dużą satysfakcję sprawia mi „gaszenie pożarów”. Takie sytuacje nadzwyczajne uwalniają we mnie dodatkowe pokłady energii, a po ich zakończeniu dają dużą satysfakcję. A jeśli chodzi o drugą część pytania, to owszem, jesteśmy zaprzeczeniem powiedzenia o jaskółkach i spółkach. Uzupełniamy się z Sebastianem. Bardzo dobrze rozumiemy się i na boisku i w biznesie. W życiu prywatnym również się kolegujemy, a nasze rodziny często spędzają razem czas.
 
SEBASTIAN ZYSNARSKI: Każdy z nas ma swoje obowiązki, ale jest wiele rzeczy, które robimy razem bez specjalnych podziałów. Jeśli czymś trzeba się zająć, to po prostu działamy. Na boisku jestem bramkarzem i lubię strzały z dystansu, a w pracy zajmuję się finansami firmy (przelewy, umowy na dostawy mediów), reprezentowaniem jej przed ZUS, US, sprawami IT oraz obsługą social mediów.
 
Teraz rozgrywacie chyba najważniejszymecz... Jak staracie się sprostać biznesowo obecnej sytuacji związanej z koronawirusem?
G .W. : Jest to bardzo dynamicznie rozwijająca się sytuacja i nie wiadomo, co będzie za tydzień. Ba, nie wiadomo, co będzie jutro. Panika jest i to widać. Nie wiadomo, jak długo pozwolą nam handlować i na jakich warunkach. Jest to na pewno nowa sytuacja w naszym 17-letnim doświadczeniu w handlu. Nie mieliśmy żadnych procedur, każdy działa tak, jak uważa za słuszne. Mam nadzieję, że wszyscy wyjdziemy z tego obronną ręką. Zdecydowaliśmy, że Sebastian izoluje się, tzn. pracuje z domu, a ja zajmuję się bieżącym ogarnianiem biznesu, czyli jestem w sklepach i koordynuję wszelkie działania.
 
Czyli jest to zabezpieczenie biznesu na wypadek  gdyby...?
G .W. : Tak, gdybym ja zachorował, wspólnik wchodzi do gry. Podobnie zrobiliśmy z personelem – część odesłaliśmy do domu, żeby izolowali się, nie narażali na niebezpieczeństwo zarażenia się koronawirusem i wrócili, gdy będą potrzebni.
 
Mogliście sobie na to pozwolić? Maciemniejszy ruch w sklepie?
G .W. : O 30% zmniejszyła nam się w ciągu ostatnich dwóch tygodni liczba klientów, jednak robią oni większe zakupy niż wcześniej [rozmawialiśmy w drugiej połowie marca – przyp. red.]. Co ciekawe, odwiedzalność
rozłożyła nam się tak, że w każdej godzinie mamy ok. 60 klientów, dzięki czemu nie musimy stać przy drzwiach i ograniczać liczby wejść. Nie ma wyraźnego piku odwiedzalności jak kiedyś. Bezpieczeństwo personelu to dziś sprawa kluczowa.
 
Jak pracownicy reagują na obecne zagrożenie?
G .W. : Część poszła na zasiłki wynikające z konieczności opiekowania się dziećmi, pozostała natomiast przychodzi do pracy, rozumiejąc, jak ważną misję teraz pełnimy. Staram się swoich pracowników chronić, jak tylko potrafię. Wiele rzeczy robię sam, żeby ich nie narażać. Początkowo myślałem o montażu szyb z pleksi przy kasach, i to nie tylko z jednej strony, jak to można spotkać w niektórych sklepach, ale z kilku. Pleksa jest jednak bardzo ciężka i zajęłaby nam dużo miejsca. Testowaliśmy więc folię malarską, którą rozwieszaliśmy od góry do dołu, ale ona jest zbyt cienka. Wreszcie trafiłem w sklepie budowlanym na superfolię, która jest wytrzymała i mocno przejrzysta. Poza tym pracownicy mają rękawiczki, płyny odkażające, często myją ręce, zachowują odstęp od innych. Mówią mi, że czują się bezpiecznie. Mimo to zaprosili mnie na zebranie, w którym postulują wypłatę premii za pracę w trudnych warunkach.
 
I co zrobicie? Wielkie sieci handlowe zadeklarowały już wypłatę premii.
G .W. : Ich obroty a moje to przepaść. Jednak zastanowimy się z wspólnikiem, bo rozumiemy sytuację.  Niezależnie od naszej decyzji pracownicy na pewno będą mieć wypłaconą premię wielkanocną, jak co roku.
 
Odchodząc od tematu koronawirusa, jakie są w dzisiejszych czasach największe wyzwania stojące przed handlem i jak się z nimi mierzycie?
S.Z.: Od kilku lat jest jeden kluczowy problem: ludzie, a w zasadzie ich brak oraz rosnące koszty prowadzenia firmy. Pracownikom trzeba teraz więcej zapłacić, aby ich zatrzymać, prąd w zeszłym roku podrożał prawie o 40%.
G .W. : Gdy już ustanie walka z pandemią, powróci temat ekologii. Ograniczenie liczby opakowań jednorazowych i negatywnych dla środowiska skutków działalności gospodarczej. W tym temacie zapewne będziemy musieli dostosowywać się do zmian przepisów prawa, które pewnie niedługo zaczną się pojawiać. W dłuższej perspektywie będziemy mierzyć się z dalszym usprawnianiem procesów logistycznych w naszych sklepach oraz ze skracaniem czasu zakupów. Klient nie będzie chciał stać w kolejce do kasy – nasza w tym głowa, jak temu sprostać.
 
Pan Grzegorz wspomniał o rosnącej roli ekologii. Macie tu spore doświadczenie, bo w Poznaniu prowadziliście sklep ekologiczny, ale go zamknęliście. Dlaczego?
S.Z.: Prowadziliśmy sklep ze zdrową żywnością przez siedem lat. Niestety dyskonty i ogólny trend „eko” zrobiły swoje. Otwierając go, byliśmy świadomi, że paradoksalnie szybki rozwój tego asortymentu oraz internetu może być końcem sklepu. I tak też się stało. Bioprodukty pojawiły się w każdej placówce, i to w cenach, którym w wielu przypadkach nie byliśmy w stanie dorównać.
 
Obecnie prowadzicie dwa sklepy spożywczo-przemysłowe, w tym jeden 700-metrowy pod Poznaniem. Rozumiem, że w waszych sklepach są też działy ze zdrową żywnością.
S.Z.: Ależ oczywiście. W sklepie w Rokietnicy większy, z racji jego powierzchni. Mamy bio odpowiedniki praktycznie wszystkich kategorii produktowych, z wyjątkiem chemii.
G .W. : Jest to dział, który systematycznie rozbudowujemy i widzimy tu duże perspektywy.
 
Jak jeszcze staracie się dostosować do zmieniających się potrzeb waszych klientów? A może nic nie musicie robić, bo lokalizacja wszystko załatwia?
G .W. : Lokalizacja w handlu to podstawa, jednak działania marketingowe trzeba zawsze prowadzić. Obecnie wiele z nich prowadzi sieć Chata Polska. Otrzymujemy gazetki, w radiu puszczana jest reklama, organizowane są programy dla klientów, w ramach których mogą otrzymać wysokie rabaty na zakup garnków czy ekskluzywnych ręczników. Dużą popularnością cieszy się program lojalnościowy „Zyskuję z Chatą”, w którym klienci mogą zbierać punkty i odbierać nagrody we wszystkich sklepach sieci. My do tego dorzucamy social media. Staramy się też przyciągnąć kupujących szerokim asortymentem różnych produktów jak np. piwa rzemieślnicze czy wspomniana żywność ekologiczna. Robimy także pozasieciowe akcje dla klientów, np. przy zakupie trzy sztuk odpowiedniego asortymentu była możliwość wzięcia udziału w losowaniu roweru. W zeszłym roku rozdaliśmy ich pięć.
 
Właśnie, wasz sklep w Rokietnicy zmienił w ub.r. szyld i działa teraz w sieci Chata Polska. Czemu zdecydowaliście się na zmianę franczyzodawcy?
S.Z.: Z jednym z naszych sklepów postanowiliśmy przejść do Chaty Polskiej, ponieważ potrzebowaliśmy marki, która jest rozpoznawalna na poznańskim rynku. Ważną przewagą Chaty Polskiej nad innymi sieciami są powiązania właścicielskie sieci z hurtownią Mar-ol. Sprawiają one, że dostawca ten staje się magazynem centralnym dla sklepów Chaty, co znacznie ułatwia logistykę oraz poprawia zaopatrzenie sieci. Dostawy mamy codziennie, a tego nie była w stanie zapewnić nam poprzednia sieć.
 
Na corocznym zjeździe franczyzobiorców sieci Chata Polska, który odbył się w lutym br., zebraliście wiele pochwał i wyróżnień. Czym różnią się wasze sklepy od innych?
G .W. : Dostrzeżono nasze zaangażowanie nie tylko w prowadzenie sklepów, ale również udział w rozwój sieci jako całości. Ponieważ doceniamy siłę grupy i lubimy grać zespołowo, zawsze aktywnie działamy jako franczyzobiorcy. Jedną z naszych przewag nad konkurencją jest to, że jest nas dwóch. Napędzamy się nawzajem swoją energią i działamy jak perpetuum mobile. Nam się po prostu zawsze chce. Kolejna sprawa – oczywista w biznesie, jednak czasem bywa pustym frazesem – to zasada, że klient jest najważniejszy. Od zawsze jej hołdowaliśmy. Od początku przygody z handlem stawiamy na dobrą jakość sprzedawanych produktów, przyjazne sklepy, miłą atmosferę w trakcie robienia zakupów. Z Sebastianem pamiętamy o tym codziennie i przy każdej podejmowanej przez nas decyzji.
 
Współpraca z siecią to umowy centralne. W jakim stopniu są one dla was satysfakcjonujące?
G .W. : Staramy się czerpać jak najwięcej z sieciowych umów producenckich, bo one są bardzo dobrze wynegocjowane. Pomimo że mamy kilka własnych umów z dostawcami oraz producentami, to zawsze na pierwszym miejscu stawiamy dobro sieci i wszystkich sklepów. Dlatego jeśli sytuacja tego wymagała, wielokrotnie rezygnowaliśmy z własnych chwilowych korzyści na rzecz grupy.
 
Chata Polska ma też mocną markę własną. Jak wasi klienci przyjęli te produkty?
G .W. : Bardzo dobrze. Jej udział cały czas zwiększa się w stosunku do pozostałych produktów. Marka własna jest w bardzo dobrej cenie, zwiększamy tym samym przewagę konkurencyjną, a dobrą jakością budujemy pozytywny wizerunek naszej sieci wśród klientów. Jestem zdania, że powinniśmy jeszcze bardziej poszerzać liczbę produktów w ofercie marki własnej.
 
Czy przewagę konkurencyjną budujecie również przy wsparciu tzw. nowych technologii? O jakich wdrożeniach myślicie?
S.Z.: Jesteśmy otwarci na nowinki. Już pierwszy sklep, który otworzyliśmy 17 lat temu, był w pełni skomputeryzowany, z programem magazynowym i kolektorami danych. Jednak nowe technologie są bardzo kosztowne. Obecnie staramy się synchronizować nasz program magazynowy z programami naszych największych dostawców. Dążymy do automatycznego zamawiania towarów oraz otrzymywania faktur elektronicznych od wszystkich naszych dostawców. Zmieniliśmy także prawie całe oświetlanie na LED-owe, zarówno na sali sprzedażowej, jak i w biurach.
 
A kasy samoobsługowe? Czy one rozwiązałyby kwestię braku rąk do pracy czy też ten problem u was nie występuje?
S.Z.: O kasach samoobsługowych myśleliśmy już od dłuższego czasu, jednak ich cena była bardzo wysoka. Teraz już wiemy, że w najbliższych tygodniach je wprowadzimy. To powinno usprawnić obsługę przy kasie i zlikwidować kolejki w sklepie. Na pewno po części pomoże rozwiązać problem braku rąk do pracy. Następną naszą dużą inwestycją będą panele fotowoltaiczne.
 
Jak dużą macie rotację personelu?
S.Z.: W obydwu sklepach zatrudniamy około 50 osób. Główną motywacją dla pracownika są pieniądze, choć my kładziemy duży nacisk na dobrą atmosferę w pracy. Chcemy, aby nasi przychodzili tu z przyjemnością, a nie z przymusu. Robimy także szkolenia, które podnoszą ich kwalifikacje. Wydaje się, że jesteśmy dobrymi pracodawcami, gdyż mamy stosunkowo niedużą rotację personelu. Nasi pracownicy nierzadko pracują u nas po kilkanaście lat. Gdy startowaliśmy z naszym pierwszym sklepem 17 lat temu, zatrudnialiśmy cztery osoby. Jedna z nich pracuje u nas do dzisiaj. W tym czasie awansowała i obecnie zajmuje stanowisko kierownika sklepu.
 
Wyobrażacie sobie, jak może wyglądać rynek handlowy za 5-10 lat? Czy sprzedaż przeniesie się do internetu?
G .W. : Spodziewamy się w dalszym ciągu przenoszenia coraz większej części handlu do internetu. Dostawy towarów dronami, logistyka autonomicznymi samochodami, coraz bardziej spersonalizowana oferta dla klientów. To są przełomy, które będą miały miejsce w najbliższych latach, a zmienią handel na zawsze.
 
Czy myślicie więc o uruchomieniu e-sklepu?
S.Z.: Tak, i to już od kilku lat. Jest to bardzo duża i kosztowna inwestycja. Prawdopodobnie sami, bez pomocy sieci, nie będziemy w stanie jej na razie wdrożyć. Potrzebni są informatycy na etacie, osoby do pakowania, przyjmowania zamówień czy rozwożenia towaru, a to generuje koszty. Na chwilę obecną zyski też są ciężkie do określenia.
 
Kiedy kolejny sklep stacjonarny?
S.Z.: Uzależnione jest to od wielu czynników. Przede wszystkim od znalezienia dogodnej lokalizacji, ale również od sytuacji na rynku pracy.
_______________________________________________________________________________________________________________
 
SEBASTIAN ZYSNARSKI
Ukończył studia licencjackie w Wyższej Szkole Hotelarstwa i Gastronomii oraz magisterskie na Uniwersytecie Szczecińskim kierunek Socjologia Zachowań Ludzkich. Prowadził małą firmę budowlaną zajmującą się wykończeniem wnętrz oraz kawiarenkę internetową połączoną z kawiarnią. Prywatnie mąż i ojciec córki i syna. Wielbiciel motoryzacji i gier zespołowych (siatkówka, piłka nożna).
 
GRZEGORZ WOJCIECHOWSKI
Ukończył studia na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu oraz w Wyższej Szkole Zarządzania i Bankowości. Laureat ekonomicznych konkursów ogólnopolskich oraz w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Od zawsze przedsiębiorca. Prywatnie mąż, ojciec dwóch córek. W wolnym czasie gra w piłkę nożną, biega i pływa. Uwielbia gry planszowe oraz grę na pianinie.
 
Katarzyna Pierzchała 3838 Artykuły

W „Handlu” od 2004 r. Europę przemierza dla przyjemności, Polskę w poszukiwaniu sklepów wartych uwagi. Zgłębia handel od podszewki. Puzzlomaniaczka.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.