Podatek od mięsa? Spokojnie, to tylko "debata"

Ceny żywności rosną - w Polsce w grudniu 2019 roku była ona droższa średnio o 7,5 proc. niż rok wcześniej. Polski rząd chce opłaty od cukru, Unia - podatku od mięsa i produktów pochodzenia zwierzęcego. Producenci: żywność zrobi się przerażająco droga.

Na początku lutego w Parlamencie Europejskim odbyła się zorganizowana przez frakcję zielonych i socjaldemokratów debata poświęcona wpływowi branży producentów mięsa na środowisko naturalne, zdrowie konsumentów i dobrostan zwierząt hodowlanych. Zelektryzowała ona opinię publiczną wizją wprowadzenia podatku od produktów odzwierzęcych w całej Wspólnocie. Zwłaszcza, że chodzi nie tylko o mięso, ale też jajka, sery czy mleko. Sprawę potraktowano na tyle poważnie, że odniósł się do niej publicznie polski minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski, nazywając ją „totalnym atakiem na rolników” i „elementem ideologicznej walki z rolnictwem”. Na spotkaniu poświęconym wprowadzeniu podatku od cukru Andrzej Gantner, wiceprezes zarządu i dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności przestrzegł, że w obliczu wszystkich planowanych opłat – z tą od mięsa włącznie – żywność zrobi się przerażająco droga. Czy rzeczywiście grozi nam żywieniowa hekatomba?

Strachy na Lachy

5 lutego 2020 roku w Parlamencie Europejskim odbyło się spotkanie na temat tzw. „podatku od mięsa”. Zorganizowało je mieszczące się w Amsterdamie stowarzyszenie TAPPC (True Animal Protein Price Coalition – Koalicja na rzecz Prawdziwej Ceny Białka Zwierzęcego), walczące o wprowadzenie opłat na produkty odzwierzęce w celu poprawy dobrostanu zwierząt (wiemy, że różnie z tym bywa), zmniejszenia spożycia mięsa przez konsumentów (ponoć jemy go zdecydowanie za dużo, o czym jeszcze później) oraz odciążenia środowiska, gdyż produkcja mięsa powoduje wysokie zużycie wody (zwierzęta muszą pić), obszarów rolnych (potrzebują paszy) i emisję gazów cieplarnianych (krowy emitują metan). Wszystko to oczywiście prawda. W debacie jedną z wiodących prym była Sylwia Spurek, polska socjaldemokratyczna europosłanka, wielokrotnie cytowana przez europejskich dzienikarzy, co oczywiście jeszcze podbiło oddźwięk w naszych mediach. Tyle, że TAPPC jest stowarzyszeniem kilkunastu organizacji prozwierzęcych, lobbujących niezmiennie przeciw producentom mięsa. Debata była po prostu spotkaniem, na którym TAPPC przedstawiło swój raport i postulaty: stopniowe zwiększanie podatku na mięso od 2021 do 2030 roku aż do poziomów 0,47 euro za wołowinę/cielęcinę za 100 g, 0,36 euro na 100 g wieprzowiny i 0,17 euro za 100 g drobiu.

Miałoby to wpłynąć na spadek spożycia odpowiednio o 67 proc. (wołowina), 57 proc. (wieprzowina) i 30 proc. (kurczak) oraz obniżenie emisji dwutlenku węgla do 120 milionów ton rocznie. To, że spotkanie odbyło się w budynku Parlamentu Europejskiego, nie oznacza, że PE się tym tematem zajmuje w sprawczy sposób, nie mówiąc już o tym, że w Unii to nie PE ma decyzyjne kompetencje, a Komisja Europejska. Do tego decyzja taka wymagałaby zgody państw członkowskich. A tu jednomyślności nie ma. O ile Holendrzy czy Niemcy byliby skłonni przystać na taką opłatę, to już Portugalczycy czy Polacy są zdecydowanie przeciw.

– Przydałaby się rzetelna analiza danych, zaprezentowanych przez TAPPC – mówi dr Mariusz Dziwulski, analityk rynków rolnych Departamentu Analiz Ekonomicznych PKO Banku Polskiego. – Trudno je ocenić ad hoc. Ponadto Unia Europejska – ani Parlament, ani Komisja, nie mogą narzucić takiego podatku, dodatkowo biorąc pod uwagę skalę produkcji mięsa w UE oraz jego konsumpcji, nie ma dużych szans na wprowadzenie takiego przepisu w perspektywie krótko i średniookresowej – ocenia, dodając, że byłby to bardzo dotkliwy sposób wpływania na decyzje konsumentów i ekonomiczny byt producentów.

Biedni zapłacą za pomysły bogatych

Spraw budzi gorące dyskusje również u naszych zachodnich sąsiadów, u których słychać, iż problemem jest to, że mięso jest za tanie. Komisja, powołana w ubiegłym roku przez minister rolnictwa Julię Klöckner zarekomendowała parę dni temu dodatkowe 40 centów za kilogram mięsa, 15 centów więcej za kilogram sera i dwa centy za litr mleka: ma to służyć poprawie warunków życia zwierząt hodowlanych. Do gry wkroczyły sieci handlowe, które przekonują niemieckich polityków, iż ewentualny „podatek od mięsa” nie doprowadzi do niczego dobrego. Po pierwsze, jak tłumaczą, handel w każdym kraju ma swoją specyfikę i czym innym przyciąga skutecznie konsumentów. W Niemczech to promocje na mięso są tym, co ściąga ich do sklepów, dlatego to ono, a nie czekolada, soki czy owoce – ma atrakcyjną (czyli zdaniem niektórych – za niską) cenę. Takie działanie to kwestia prostej strategii biznesowej – klienta przyciągnie mięso, a przy okazji kupi szereg innych artykułów, już nie tak okazyjnie wycenionych. Po drugie – dodaje handel – jeśli przykładowo, dopłacimy do każdego kilograma 0,10 euro, które trafi w całości do rolników, to okaże się, że subsydiujemy w ten sposób pewną grupę. Możemy tak zrobić, ale pomyślcie – drodzy politycy – że zaraz pojawi się inna grupa zawodowa, która także potrzebuje jakiegoś rodzaju finansowego wsparcia – i co wtedy? W końcu po trzecie, choć chyba powinno być po pierwsze, pomyślcie – kto na takiej podwyżce ucierpi. Będą to ci najmniej zarabiający, dla których mięso jest ważnym i tanim źródłem białka. A ową podwyżkę zafunduje im klasa średnia, bo to tych lepiej uposażonych zajmują tego typu tematy. Dla nich droższe mięso nie jest żadnym problemem. Zjedzą go tyle samo, bo będzie ich na to stać, ale zrobią to kosztem biedniejszej części społeczeństwa, którą zmuszą do zapłacenia za swoje „środowiskowe” czy ideologiczne przekonania.

Dwutlenek węgla kontra gospodarka

Produkcja każdego rodzaju wyrobów wiąże się z obciążeniami dla środowiska. Nawet w obliczu budzącego strach koronawirusa i przystopowaniu produkcji w Chinach, gdzie fabryki wytwarzają półprodukty do zakładów na całym świecie, odnotowano pozytywny uboczny skutek w postaci zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych i zanieczyszczania natury. Są oczywiście producenci, którzy czerpią energię ze źródeł odnawialnych bądź własnych odpadów. Siłą rzeczy ich produkty są jednak odpowiednio droższe, a tzw. mainstream, czyli gros konsumentów nie może albo nie chce przeznaczać na nie tak wysokich kwot. Przypomnijmy, że mięso i tak w ostatnich miesiącach mocno podrożało. To skutek afrykańskiego pomoru świń, głównie w Chinach.

– Chiny odpowiadały za połowę pogłowia świń na świecie, a wskutek ASF były zmuszone wybić połowę swoich stad – mówi Mariusz Dziwulski.

Ta sytuacja zwiększyła popyt na mięso w Państwie Środka, i to nie tylko na wieprzowinę. Co z kolei podbiło ceny mięsa na całym świecie. W Polsce w grudniu 2019 roku wieprzowina była droższa niż rok wcześniej o 23,6 proc., drób o 7,1 proc., a wędliny o 11,9 proc. Wołowina i cielęcina wprawdzie zdrożały znacznie poniżej poziomu ogólnej inflacji, bo odpowiednio o 1,1 proc. oraz 2,9 proc., ale spożycie tego rodzaju mięsa jest w naszym kraju śladowe. Średnio jemy niemal 40 kg wieprzowiny i niecałe 30 kg drobiu rocznie na głowę. Wołowina niemal w całości idzie na eksport; statystycznie zjadamy jej po 2-3 kg w ciągu roku.

Manipulacja społecznymi emocjami?

– Mięso odgrywa ważną rolę w polskim eksporcie żywności, do tego dochodzą czynniki polityczne – mówi Jakub Olipra, ekonomista z Departamentu Analiz Makroekonomicznych Crédit Agricole. – Oczywiście świadomość zmian klimatycznych rośnie, ale byłbym ostrożny w formułowaniu tez o decydującym wpływie hodowli zwierząt na ten efekt. Następuje tu zbieżność trendów wegańskich, zdrowotnych, środowiskowych, prozwierzęcych. One będą wybrzmiewać coraz głośniej i będą się przekładać na debatę publiczną. Jednak na razie taka proponowana opłata spotkałaby się z dużym oporem społecznym, bo odbiłaby się i na konsumencie, i na producentach, i na handlu detalicznym – ocenia.

Polska jest największym eksporterem drobiu w Europie, przed dwoma laty wyprzedziła w tej dziedzinie Niemcy. Nietrudno więc sobie wyobrazić, jak wzrost cen przełożyłby się na opłacalność tej produkcji. Producenci przekonują także, że warto by było walczyć z efektem cieplarnianym tam, gdzie ma on najpotężniejsze źródło.

– Pomysł wprowadzenia podatku jest próbą wprowadzenia zakazu hodowli zwierząt pod szyldem walki ze zmianami klimatycznymi. Według danych UE produkcja zwierzęca ma 4-proc. udział w emisji gazów cieplarnianych, a cała UE emituje ponad 3-krotnie mniej gazów cieplarnianych niż same Chiny – komentuje Witold Choiński, prezes zarządu Związku Polskie Mięso. – Wprowadzenie podatku od mięsa spowodowałoby, że produkcja mięsa w krajach UE przestałaby być opłacalna. Już dzisiaj kraje UE produkują drożej mięso i produkty pochodzenia zwierzęcego niż kraje trzecie z powodów wyższych standardów produkcji w UE, takich jak: sposoby żywienia, dobrostan, identyfikowalność itd. W Brazylii wzrasta wylesienie terenów, wycina się lasy Amazonii, które są podstawą do zatrzymania efektu cieplarnianego, a w to miejsce wchodzi uprawa oleju palmowego i soi.

Podkreśla, że wprowadzenie tego podatku w Unii Europejskiej spowodowałoby przekierowanie produkcji zwierzęcej do krajów, które de facto powiększą efekt cieplarniany, bez gwarancji zachowania dobrostanu zwierząt i bezpieczeństwa produkcji. Uważa, że walka ze emisją gazów cieplarnianych powinna iść w zupełnie innym kierunku, takim, w którym pomaga się rolnikom i przemysłowi w budowaniu biogazowni i innych tego typu inwestycji, które nie tylko zniwelują emisję gazów cieplarnianych w produkcji zwierzęcej, ale przyniosą jeszcze rolnikom dochody w postaci sprzedaży energii odnawialnej. Dzieje się tak nie tylko w krajach UE, jak Niemcy czy Dania, ale też właśnie w Chinach.

– Myślę, że wywołanie dyskusji nad wprowadzeniem podatku od mięsa ma na celu zupełnie inny podtekst. Pod płaszczykiem redukcji emisji gazów, ochrony środowiska, wspierania inwestycji rolniczych stoją organizacje, które na przestrzeni ostatnich kilku lat nauczyły się czerpać olbrzymie dochody na rolnikach i przemyśle rolno spożywczym i czyhają na dalsze olbrzymie środki finansowe, na które mogłyby mieć wpływ manipulując i wywołując różne emocje społeczne. Takim pomysłom mówimy stanowcze „nie” i namawiamy do działań, które rzeczywiście przyczynią się do redukcji gazów cieplarnianych – nawołuje Witold Choiński.

Producenci mięsa podkreślają, że ich działalność powoduje powstawanie jedynie czterech proc. emisji gazów cieplarnianych, jak wyżej wspomniano, a cała produkcja rolna z roślinną włącznie – niespełna 9 proc., podczas gdy transport – za ponad jedną czwartą. Dlatego mówi się także o opodatkowaniu paliwa lotniczego (w przeciwieństwie do samochodowego i kolejowego nie jest ono obciążone akcyzą).

Temida jest ślepa

I nie tylko ona. Jak w zalewie sprzecznych informacji, trudnych do potwierdzenia, a sprawiających rzetelne wrażenie liczb, zważyć na szali racje obu stron? Z jednej strony wszyscy chcielibyśmy wierzyć, że zwierzęta, które lądują na naszych talerzach w postaci kotleta czy steku nie cierpiały przy uboju, a za życia spacerowały po zielonych łąkach i jak byczek Fernando wgapiały się w niebo i wąchały kwiatki. Z drugiej wiemy, że to mrzonka. Kury z chowu klatkowego żyją średnio 1,5 roku. Te na wolnym wybiegu – 15 lat. To tak, jakby umierały 7-8 letnie dzieci. Kurczaki, którymi te dzieci karmimy, żyją po sześć tygodni. Ostatnio niemiecki sąd najwyższy anulował zakaz uboju młodych kogutów, co wzbudziło wielkie kontrowersje za naszą zachodnią granicą.

Co, gdy Niemcy rzeczywiście wprowadzą jakiś rodzaj podatku od mięsa i ceny wzrosną? Nie łudźmy się, że ewentualna podwyżka cen w Niemczech zwiększy szanse konkurencyjne naszych producentów.

– Zakładam, że ewentualny podatek nałożony na produkty odzwierzęce w Niemczech będzie miał charakter akcyzy – mówi Jakub Olipra. – A to oznacza, że także polskie mięso będzie nim obłożone i podrożeje w niemieckich sklepach. W efekcie ewentualne wprowadzenie podatku przełoży się na mniejsze spożycie mięsa w Niemczech, a więc także straty polskich dostawców.

Jaka jest alternatywa dla produktów pochodzenia zwierzęcego – i roślinnego? Otóż jest. Na razie droga i laboratoryjna, ale już realnie możliwa. W laboratoriach powstają zastępniki mięsa i nabiału, o smaku identycznym z naturalnym, mnożą się także „piętrowe” uprawy w odpornych na pogodowe zachwiania halach lub wręcz podziemnych przestrzeniach. Na ile rzeczywiście zastąpią tradycyjną produkcję – na razie wydaje się to być pieśnią dalekiej przyszłości. Ale świat toczy się naprzód z taką prędkością, że już za kilka lat możemy patrzeć na tę sprawę zupełnie inaczej…

Zdjęcie: Shutterstock

Magdalena Weiss 2327 Artykuły

Niepoprawna recydywistka - związana z "Handlem" w latach 1999-2005 i ponownie od 2016 r. Tropi najnowsze trendy na rynku FMCG i zmiany w gospodarce. Amatorka kuchni greckiej i bibliotek publicznych. Mieszka kątem u trzech kotów.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.

} }