Achillesowa pięta dyskontów

Rosnące w siłę w całej Europie sklepy dyskontowe podchodzą do kwestii handlu online ostrożnie. Nie rezygnują jednak z kolejnych prób.

W oczywisty sposób idea wielokanałowości i e-sklepu jest sprzeczna z filozofią formatu dyskontowego, zakładającego maksymalne ograniczenie kosztów poprzez doprowadzenie do perfekcji modelu samoobsługowego. Dyskont to model ekonomiczny, e-sklep to górna półka obsługi klienta. Najdroższe w koncepcji sklepów online są oczywiście dostawy. – Wchodząc do internetu sklepy dyskontowe straciłyby swoją przewagę cenową – ocenia Matthias Queck, dyrektor ds. badań w LZ Retailytics.

Tymczasem Lidl podjął właśnie kolejną próbę pogodzenia ognia z wodą i uruchomił w Finlandii e-sklep Sportyfeel.fi z witaminami, odżywkami proteinowymi i orzechami, ale także z wybranymi produktami z oferty promocyjnej swoich sklepów stacjonarnych.

Asortyment ten, w większości przecież spożywczy, stoi w sprzeczności z publicznie ogłoszoną strategią skoncentrowania się na sprzedaży online wyłącznie non-foodu po nieudanej próbie wprowadzenia do sieci żywności w Niemczech, gdzie dostarczał ją we współpracy z firmą kurierską Vorratbox. Po wycofaniu się z tego pomysłu prowadzi przez internet już tylko asortyment niespożywczy, od czasu do czasu uzupełniany ofertą win.

Jeszcze bardziej kłopotliwa niż logistyka dostaw, niemożność ograniczenia w internecie i tak wąskiego asortymentu i niepasujące do wizerunku koszty, które trzeba by przenieść na klienta jest kontrola efektywności. W internecie nie da się obliczyć obrotów z 1 mkw., a niskie koszty obsługi, brak dodatkowych usług i wysokie obroty przestają być przewagą na tle konkurencji. Natomiast skromniejszy wybór produktów stawia ich na gorszej pozycji wobec supermarketów, które też z trudem walczą o rentowność w internecie.

Wedlug Matthiasa Quecka sieci dyskontowe mają dwie możliwości poradzenia sobie z tą kwestią. Pierwszą jest stopniowe podnoszenie cen, aż biznes online zacznie się opłacać. Ta drogą poszedł np. właściciel niemieckich drogerii dm.

Bardziej eleganckim rozwiązaniem byłoby nawiązanie współpracy z zewnętrznym partnerem-dostawcą żywności, jak zrobił to Aldi w USA z Instacartem czy Lidl w Irlandii z Mybie.

Zaletą jest outsourcing, który pozwala na dalsze uczenie się mechanizmów biznesu. Ale prawdziwa zaleta tkwi w postrzeganiu klientów: w ich rozumieniu wady e-sklepu, czyli opłaty za dostawę, próg minimalnego zamówienia itp. są w dużej mierze przypisane usługodawcy, który wyróżnia się jako dodatkowy podmiot zewnętrzny. Reputacja dyskontera pozostaje nienaruszona.

Zdjęcie: Photogenica

Magdalena Weiss 1697 Artykuły

Niepoprawna recydywistka - związana z "Handlem" w latach 1999-2005 i ponownie od 2016 r. Tropi najnowsze trendy na rynku FMCG i zmiany w gospodarce. Amatorka kuchni greckiej i bibliotek publicznych. Mieszka kątem u trzech kotów.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.

} }