Pszczoły mają głos

Miód to produkt znany z dziada pradziada, choć ostatnio nieco zapomniany. Wygląda jednak na to, że trend na zdrowe żywienie i powrót do korzeni ożywi tę kategorię. Pracują nad tym producenci, centra handlowe, a nawet dyskonty.

Według danych GUS statystyczny Polak spożywa rocznie 0,6 kg miodu (dla porównania w przypadku cukru jest to ok. 40 kg), a Europejczyk w tym samym czasie skonsumował 0,7 kg miodu. - Mam nadzieję, że trend zdrowego odżywiania i produktów naturalnych spowoduje większe spożycie miodu i pozwoli na zwiększenie liczy pasiek. Musimy pamiętać, że pszczoły są nam wszystkim potrzebne – mówi Beata Piasecka-Sasin, dyrektor Mazurskich Miodów i prezes zarządu Destylarni Piasecki. Jej zdaniem wzrost spożycia miodu jest możliwy, ponieważ konsumenci coraz częściej wykorzystują miód w kuchni i nie boją się eksperymentować z dodawaniem go do potraw.

- Już nie tylko do mięs, coraz częściej cukier zastępowany jest właśnie miodem naturalnym. Na naszym profilu facebookowym i Instagramie klienci mogą zobaczyć różne ciekawe przepisy. Również blogerzy kulinarni coraz chętniej udostępniają przepisy na marynaty z miodem pitnym i glazurach do mięs z wykorzystaniem miodów pszczelich. Zaobserwowałam również, że coraz chętniej cukier zastępowany jest miodem w domowych nalewkach i przetworach – stwierdza Beata Piasecka-Sasin.

Miejskie ule

Miód staje się na tyle nośnym i ważnym tematem, że pojawiła się moda na miejskie pszczelarstwo – duże firmy, w tym centra handlowe, na dachach swoich budynków zakładają własne pasieki. I tak od końca czerwca 2018 r. w specjalnie wydzielonej strefie na dachu lubelskiego centrum handlowo-rozrywkowego Tarasy Zamkowe stanęły cztery ule, w których zamieszkało ponad 200 tys. pszczół. Pięć rodzin pszczelich znalazło też dom na dachu galerii Wroclavia w centrum miasta - każda z nich liczy między 50 a 60 tys. pszczół. Pasieka na centrum handlowym Wileńska działa już od 2015 r. i jest pierwszą ulokowaną na dachach w Warszawie. Obecnie szacuje się, że w stolicy może działać już nawet tysiąc uli. Zbiorami miodu może pochwalić się Bank BGŻ BNP Paribas, który od roku również posiada własną pasiekę. W ciągu tego czasu 120 tys. pszczół miodnych, ulokowanych w trzech ulach na dachu centrali banku na warszawskiej Woli, wyprodukowało 90 kg miodu akacjowo-kasztanowego.

O tym, że temat pszczelarstwa wraca w wielkim stylu, świadczy niezwykła akcja niemieckiego dyskontu. 14 maja tego roku w sklepie Penny (sieć dyskontów należąca do Grupy Rewe) w Hanowerze zniknęły wszystkie produkty, do powstania których niezbędne są pszczoły. Klienci nie mogli w tym czasie kupić większości pieczywa, jabłek czy cukinii, czekolady i cukierków pokrytych pszczelim woskiem. Nie było niektórych marynowanych mięs ani rumiankowego papieru toaletowego. W sumie od działalności pszczół zależnych jest - pośrednio lub bezpośrednio - 60 proc. liczącego 2,5 tys. pozycji asortymentu sprzedawanego w sieci Penny - ogłosił dyskont. Akcja miała na celu uświadomienie konsumentom, jak wyglądałyby sklepy po wyginięciu pszczół i jakich produktów ludzkość musiałaby się wyrzec.

Zdjęcie: Shutterstock

Pszczoły a miód

W Polsce profesjonalnym pszczelarstwem zajmuje się ponad 42,7 tys. pszczelarzy (dane GUS za 2016 r., nowszych nie ma). W porównaniu z rokiem poprzednim ich liczba spadła o 50, jest ich jednak dużo więcej nie tylko niż w "chudych" latach 2005 i 2010, gdy grono to nie liczyło nawet 37 tys. osób, ale też w porównaniu z końcem poprzedniej dekady, kiedy to ich liczba przekraczała 40 tys.

Przed dwoma laty w Polsce żyło niemal 1,054 mln pszczelich rodzin, i to jest bardzo dobra wiadomość, oznacza bowiem, że liczba mieszkańców uli w naszym kraju się zwiększa. Jeszcze w 2015 r. rodzin pszczelich było nad Wisłą 983,3 tys., a dekadę wcześniej - tylko 827,4 tys. Pasieki najczęściej liczą od 11 do 50 pni (uli) - w tym przedziale znajduje się 62 proc. gospodarstw, przy czym udział ten niemal po połowie dzielą między siebie pasieki mniejsze (11-20 uli) i większe (21-50). 9 proc. pasiek składa się z mniej niż 10 pni, natomiast największych, w których liczba uli przekracza 150, jest zaledwie 0,6 proc. Te proporcje zmieniają się z roku na rok bardzo nieznacznie.

Na półkach sklepów

- Zawsze staramy się tłumaczyć, że my nie produkujemy miodu. Miód produkują pszczoły, a my go konfekcjonujemy i dajemy ludziom to, co stworzyła natura – mówi Beata Piasecka-Sasin. Firma ma szeroką ofertę miodów pod marką Mazurskie Miody: od wielokwiatowego przez akacjowy po lipowy czy gryczany. W naszym klimacie najwięcej jest miodu wielokwiatowego, lecz – jak mówi dyrektor Mazurskich Miodów - klienci coraz chętniej szukają miodów odmianowych.

W 2017 r. hitem sprzedażowym okazał się więc miód faceliowy i wrzosowy. W tym roku widać zaś większe zainteresowanie miodem ze spadzi iglastej i wrzosu. Robiąc zapasy na zimę, konsumenci wybierają duże opakowania, około 1 kg, zwykle w przypadku miodu wielokwiatowego, natomiast opakowania o pojemności 400 g miodu są popularne wśród droższych jego odmian.

- Klienci polubili też malutkie słoiki, które traktują jako niezobowiązujące prezenty na różne uroczystości – podaje Beata Piasecka-Sasin, zaznaczając, że produkty pod marką Mazurskie Miody dostępne są zarówno w handlu tradycyjnym, jak i nowoczesnym. Popyt na miody rośnie właśnie jesienią i zimą, głównie ze względu na właściwości rozgrzewające. Producenci mają jednak nadzieję, że konsumenci zaczną sięgać po ten tradycyjny produkt dużo częściej.

Na wzrost popularności miodu w Polsce liczy rodzina Kasztelewiczów, twórcy firmy rodzinnej Sądecki Bartnik założonej w 1973 r. w Stróżach k/Grybowa. - W Polsce najwięcej miodu sprzedaje się w handlu tradycyjnym, co nie oznacza, że w handlu nowoczesnym nas nie ma. O kanale takim jak HoReCa też nie zapominamy – mówi Krzysztof Kasztelewicz, współwłaściciel firmy Sądecki Bartnik. Podaje, że największy udział w sprzedaży miodów i produktów pszczelich ma jeden produkt - miód wielokwiatowy o gramaturze 400 g. - Powodem jego popularności jest uniwersalność i cena oraz najbardziej optymalne opakowanie – tłumaczy. Klienci bardziej ciekawi nowości sięgają po aromatyczne, rzadko spotykane w Polsce miody lawendowe, słonecznikowe czy eukaliptusowe, które Sądecki Bartnik również ma w ofercie. - Wskaźnik spożycia miodu nas nie satysfakcjonuje. W naszym kraju nie ma jeszcze mody na apiterapię, czyli zapobiegawcze spożywanie miodu. Konsumenci sięgają po niego dopiero wówczas, gdy zachorują. Dlatego nasza działalność nie ogranicza się tylko do produkcji miodów i produktów pszczelich, ale również do promocji ich spożywania – podkreśla Krzysztof Kasztelewicz.

Barierą dla rozwoju tego rynku może być wciąż utrzymująca się wysoka cena miodu. Jak wyliczył w ubiegłym roku GUS (z okazji obchodzonego 8 sierpnia Wielkiego Dnia Pszczół), już niemal 12 zł trzeba zapłacić za 400-g słoik wielokwiatowego miodu pszczelego. To prawie dwa razy tyle co na początku obecnego tysiąclecia. Najszybszy wzrost cen nastąpił w latach 2007–2011, gdy cena podskoczyła z ok. 7,5 zł do niemal 11 zł. Jednak nawet w deflacyjnych latach 2014–2016 miód nie potaniał. Wiadomo, że im mniej miodu na rynku, tym będzie on droższy. Jeśli więc liczba pasiek będzie rosła, jest też szansa, że miód potanieje.

 

Ilona Mrozowska 2769 Artykuły

W „Handlu” od 2005 r. Blisko tematyki przemysłowej i producenckiej. Właścicielka białej kulki, czyli szynszyli o imieniu Tula.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.

} }