Sklepiki szkolne w potrzasku

Pojawiły się szacunki, że nawet 80 proc. sklepików szkolnych zlikwidowano od 1 września. To skutek rozporządzenia zakazującego sprzedawania tam tzw. śmieciowego jedzenia. Czy możliwy jest jeszcze ich powrót do szkół?

Zaczęło się tak:
17 grudnia 2014. Prezydent Bronisław Komorowski podpisuje ustawę o zmianie ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia. Przepisy mają wejść w życie 1 września 2015 r. Ministerstwo Zdrowia ma wydać rozporządzenie precyzujące ogólne wytyczne ustawy.

8 czerwca br. – Dzień dobry. Prowadzę sklepik szkolny w Białymstoku. Czy Pani już wiadomo, co będę mogła w nim sprzedawać od 1 września? – zapytała pani Halina, która zadzwoniła do redakcji.

19 czerwca br. Na stronie Rządowego Centrum Legislacji opublikowano do zaopiniowania przez organizacje społeczne projekt rozporządzenia ministra zdrowia „w sprawie grup środków spożywczych przeznaczonych do sprzedaży dzieciom i młodzieży w jednostkach systemu oświaty oraz wymagań, jakie muszą spełniać środki spożywcze stosowane w ramach żywienia zbiorowego dzieci i młodzieży w tych jednostkach”.

24 czerwca br. – Witam, zapoznałam się z tymi przepisami i powiem szczerze, że to KOSZMAR. Jestem już tak skołowana, że nie wiem, jak to będzie. Mam pytanie: ile będziemy mieć czasu na dostosowanie swojej działalności do nowych przepisów? Czy we wrześniu, październiku i listopadzie będę mogła sprzedawać to, co mi zostało, jeszcze na starych zasadach? Pozdrawiam serdecznie – znów odezwała się do nas pani Halina.

20 lipca br. – zakończenie konsultacji społecznych.
 
3 sierpnia br. „Czy pojawiło się jakieś światełko dla sklepików szkolnych po ostatnich konsultacjach? Ponownie wszystko ucichło, sprawa się przeciąga, nie wiadomo, czy stawać do przetargu, czy lepiej zrezygnować. Wrzodów żołądka można się nabawić. Serdecznie pozdrawiam, Halina” – tym razem dostaliśmy e-mail.

26 sierpnia br. Minister zdrowia podpisał restrykcyjne rozporządzenie dotyczące tego, co można, a czego nie będzie można sprzedawać w sklepikach szkolnych od 1 września br. Spis zastrzeżeń do projektu liczył prawie 170 stron, ale tylko drobna część z nich została uwzględniona. Detaliści mają trzy dni robocze na dostosowanie swojej oferty do nowych regulacji.

30 sierpnia br. „W mojej szkole przetarg ogłoszono 28 sierpnia i oczywiście nikt do niego nie stanął, ja również zrezygnowałam. Tak restrykcyjne przepisy i okrojony asortyment nie przyniesie nawet zwrotu poniesionych miesięcznych opłat. Takie są moje wyliczenia. Obecnie zawiesiłam działalność, a co dalej? Na razie nie mam pomysłu. Dziękuję za wszelkie informacje, pozdrawiam. Halina” – kolejny e-mail.
1 września br. Tego dnia wchodzi w życie rozporządzenie ministra zdrowia, które ogranicza możliwość sprzedaży dzieciom i młodzieży żywności, do której dodawane są cukry i substancje słodzące, a także produktów o dużej zawartości tłuszczu lub soli. Ze sklepików powinny zniknąć m.in. chipsy, napoje energetyzujące, jedzenie typu fast food i instant.  

22 września br. Spuśćmy zasłonę milczenia na tryb wprowadzania nowych przepisów. To nie wymaga komentarza. Nie odpuszczajmy jednak. Idea wprowadzenia ograniczeń w spożywaniu soli i cukru jest słuszna – zgodnie przyznali przedstawiciele szkół, organizacji pozarządowych oraz licznych ekspertów uczestniczących w spotkaniu „Sklepiki i stołówki szkolne w świetle nowych przepisów” zorganizowanym przez Instytut Żywności i Żywienia w Warszawie.
 
Grozi nam pandemia otyłości
Liczne badania przytaczane przez Ministerstwo Zdrowia w uzasadnieniu rozporządzenia dowodzą, że rodzaj szkoły determinuje asortyment sklepików tam działających. W podstawówkach i gimnazjach uczniowie częściej mogli zaopatrzyć się w słodkie lub słone przekąski oraz słodzone i gazowane napoje. Lepiej wyglądała sytuacja w szkołach ponadgimnazjalnych, gdzie częściej można było kupić zalecaną żywność jeszcze przed wejściem w życie nowych wytycznych.
Dr inż. Katarzyna Wolnicka, kierownik Pracowni Żywienia Zbiorowego Dzieci i Młodzieży w Instytucie Żywności i Żywienia, alarmuje: polskie dzieci tyją najszybciej w Europie. – W latach 70. nadmierną masę ciała miało mniej niż 10 proc. uczniów. Dziś już co piąte dziecko w wieku szkolnym cierpi na nadwagę lub już otyłość – podkreśla Wolnicka.
– Jeżeli nie zatrzymamy tej niebezpiecznej tendencji, niebawem co drugie dziecko może być narażone na wysokie ryzyko problemów zdrowotnych – przestrzega prof. Mirosław Jarosz, dyrektor Instytutu Żywności i Żywienia. – Jeżeli dziś nie nauczymy dzieci prawidłowego odżywiania, to za kilkanaście lat staniemy się społeczeństwem otyłych, schorowanych i nieszczęśliwych ludzi – apeluje.
Jego zdaniem polska szkoła musi być wolna od niezdrowych wzorców żywienia. Dlatego też jest przeciwny głosom niektórych organizacji społecznych oraz producentów, którzy postulują wycofanie się lub odroczenie na jakiś czas zmian wprowadzonych 1 września.
– Nie możemy tego zrobić! To, co teraz się dzieje po wprowadzeniu rozporządzenia Ministerstwa Zdrowia, to walka o zdrowie najmłodszych Polaków – podkreśla prof. Jarosz.

Nie mamy, co kupić
Nikt nie kwestionuje idei, która towarzyszyła ministrowi zdrowia Marianowi Zembali przy podpisywaniu rozporządzenia. Jest tylko jedno ale. – Niech mi ktoś powie, co ja mam kupić do sklepiku, bo chodzę właśnie po hurtowni, wnikliwie sprawdzam skład produktów i jak na razie nie znalazłam niczego, co spełniałoby wymogi nowego prawa – zadzwoniła do redakcji kolejna zaniepokojona czytelniczka. – Nawet piekarz załamał się, bo już nie mogę sprzedawać jego drożdżówek – dodaje.
– Rzeczywiście, jest nisza na rynku. Producenci nie zdążyli się przygotować do nowych wymogów. Mam nadzieję, że jednak szybko to nadrobią – potwierdza Danuta Kozakiewicz, dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 103 w Warszawie.
Zgadza się z nią prof. Jarosz, który obecne zamieszanie nazywa „przejściowym”. Uspokaja, że za kilka miesięcy zapewne pojawią się produkty z mniejszą ilością cukru czy soli, ale też w mniejszych opakowaniach.
Innego zdania jest Anna Warcholak z działu catering hurtowni Aber w Olsztynie. – Na rynku jest sporo produktów odpowiadających nowemu rozporządzeniu, mamy je w swojej ofercie. Niestety, nie są one tanie, więc mało osób je wybiera – mówi.
Dotarły do niej też głosy, że „zdrowe” produkty smakują inaczej niż standardowe, dlatego konsumenci z nich rezygnują.
– Społeczeństwo nie jest przygotowane na tak gruntowne zmiany w tak krótkim czasie. Mamy jednak nadzieję, że jakiś odsetek rodziców i dzieci przekona się do takiego rodzaju żywności – mówi Anna Warcholak. Jak na razie do hurtowni Aber nie zgłosił się ani jeden właściciel sklepiku szkolnego z prośbą o pomoc w doborze asortymentu.
 
Tarcza na opakowaniu
Danuta Kozakiewicz ze SP nr 103 proponuje producentom, aby opracowali logotyp, np. model znaczka w postaci tarczy szkolnej, który umieszczaliby na artykułach dopuszczonych do sprzedaży w sklepikach szkolnych. – Wszystkim ułatwiłoby to życie – argumentuje Kozakiewicz. Według niej zyskaliby m.in. detaliści prowadzący sklepiki szkolne, bo w hurtowni te produkty od razu rzucałyby się im w oczy. Łatwiejsze zadanie mieliby też dyrektorzy szkół, którzy są zobowiązani do kontroli asortymentu sklepików pod kątem zgodności z nowymi przepisami (za ich nieprzestrzeganie grozi kara do 5 tys. zł).
Pomocne będą też zapewne opracowania dopuszczalnego asortymentu, które przygotowują m.in. lokalne struktury sanepidu.
– My również jesteśmy gotowi opracować praktyczny przewodnik, co można sprzedawać w sklepikach. Potrzebujemy na to kilku tygodni – deklaruje prof. Jarosz z Instytutu Żywności i Żywienia.
Ministerstwo Zdrowia zamierza zorganizować „okrągły stół” z przedstawicielami ajentów i producentów żywności. Chce poznać problemy, jakie napotkali oni po wprowadzeniu rozporządzenia. W połowie października ma być wydrukowany poradnik adresowany do rodziców uczniów o zdrowym odżywianiu.
– Edukację prozdrowotną musimy zacząć od podstaw, czyli od rodziny. Chcemy, aby zalecenia odnośnie do odżywiania były zrozumiane i wprowadzane kompleksowo, nie tylko w szkole, ale również w domach – wyjaśnia Dariusz Poznański, dyrektor Departamentu Zdrowia Publicznego w Ministerstwie Zdrowia.
Samorządy miejskie także starają się pomóc, głównie prowadzącym szkolne stołówki. Na przykład warszawski ratusz przygotowuje zbiór 60 propozycji śniadań, obiadów i podwieczorków, z których będą mogli skorzystać właściciele sklepików.
Reforma od tyłu
Według spisu Ministerstwa Edukacji Narodowej, obejmującego dane za rok szkolny 2013/2014, w Polsce działa ponad 13,5 tys. szkół podstawowych. Uczy się w nich ponad 2,3 mln uczniów. Gimnazjów jest o połowę mniej – niewiele ponad 7,6 tys., a gimnazjalistów – 1,1 mln. Dane obejmujące bieżący rok szkolny znane będą w październiku.
 Z badań przeprowadzonych przez Państwowy Zakład Higieny wynika, że sklepiki funkcjonują w 83,7 proc. szkół miejskich i 46,2 proc. szkół wiejskich. Ile zaczęło sprzedawać 1 września? Nie wiadomo. W nieoficjalnych rozmowach producenci i hurtownicy szacują, że upadło nawet 80 proc. sklepików szkolnych.
 – Nie ma co ukrywać, do tej pory zarabialiśmy na łatwiźnie, mając za nic zdrowie dzieci. Nie można stawiać chęci zarobku ponad zdrowiem młodego pokolenia! – apeluje Danuta Kozakiewicz, dyrektor szkoły. Zatem działalność charytatywna? – Na marchewce nie da się zarobić, nie mówiąc już o zbijaniu kokosów – jasno tłumaczy stanowisko prowadzących sklepiki szkolne pani Halina, nasza czytelniczka.
Dyrektor Kozakiewicz żałuje jedynie, że do reformy żywieniowej zabrano się od złej strony. Najpierw nastąpiła zmiana prawa, a szkolenia i szczegółowe wytyczne dopiero są w planach. Ale i tak uważa, że dla chcącego nic trudnego.

Katarzyna Pierzchała

Jedzenie przygotowujemy na miejscu

Danuta Kozakiewicz, dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 103 w Warszawie
W mojej szkole sytuacja z dostosowaniem się do nowych przepisów była łatwiejsza z dwóch powodów. Ajentką zarówno sklepiku, jak i stołówki jest ta sama osoba, więc jej działalność zazębia się. Poza tym w naszym sklepiku raczej nie mieliśmy tzw. śmieciowego jedzenia. 15 lat temu wyrzuciłam też ze szkoły automat ze słodzonymi napojami.
Razem z panią prowadzącą sklepik pojechałyśmy ostatnio do hurtowni i wybierałyśmy produkty, które mogą być w szkole sprzedawane. Nie ukrywam, że miałyśmy problem. Brakuje np. bakalii w małych opakowaniach, więc je przesypujemy do mniejszych woreczków.
Poza tym w naszym sklepiku postawiłyśmy na jedzenie przygotowywane na miejscu. Uczniowie mogą więc kupić m.in.:
- wodę w małych butelkach
- soki owocowe niesłodzone
- soki warzywne
- chrupki kukurydziane i ryżowe
- batony owsiane (uwaga, nie wszystkie spełniają nowe wymogi)
- świeże owoce
- krojone warzywa (hitem są pokrojone w słupki marchewki)
- bakalie
- kanapki robione na miejscu w dwóch wielkościach (dla młodszych i starszych dzieci)
- sałatki owocowe
- sałatki z kaszy jaglanej i suszonych owoców (uczniowie naprawdę je lubią)
- sałatki z kaszy jaglanej i ogórka kiszonego
- mleko naturalne, bez dodatków smakowych
- mleko sojowe
- jogurty naturalne

Przede wszystkim artykuły świeże

Marta Widz, naczelnik wydziału w Centrum Komunikacji Społecznej w Urzędzie m.st. Warszawy
Spełnianie wymagań rozporządzenia zobowiązuje osobę prowadzącą sklepik do wzięcia odpowiedzialności za jakość żywienia dzieci i młodzieży podczas pobytu w placówce oświatowej.
W myśl nowych wytycznych asortyment w sklepikach szkolnych powinien się zmienić na produkty świeże, o krótkim terminie przydatności do spożycia: sałatki, kanapki, koktajle, owoce, produkty mleczne z ograniczeniem zawartości cukru. Chodzi o to, aby zapewnić uczniom dostęp do produktów na drugie śniadanie lub podwieczorek, bo taka jest rola sklepiku na terenie szkoły.
Wszystko zależy od chęci i inicjatywy sprzedającego. Znamy szkoły, w których sprzedający wyciskają soki, suszą jabłka, prowadzą degustacje sałatek, zamawiają towar w szkolnej kuchni lub firmie cateringowej, jeśli sami nie mają warunków do przygotowania potraw na miejscu. 

Katarzyna Pierzchała 5103 Artykuły

W „Handlu” od 2004 r. Europę przemierza dla przyjemności, Polskę w poszukiwaniu sklepów wartych uwagi. Zgłębia handel od podszewki. Puzzlomaniaczka.